Dzisiaj to już naprawdę, nic a nic, żadnej aktywności sensownej, tylko jedzenie wpycham sobie w otwór gębowy. Po trzeciej z kolei nocy pełni księżyca jasnej nie do uwierzenia, dzień słoneczny i przeraźliwie zimny. Wyszłam po południu na moment, tylko do ogródka, żeby uzupełnić zapasy w karmniku, w zasadzie już na jutro, bo zaczynam poniedziałek wcześnie.
Fred dochodzi do siebie po wczorajszych ekscesach kulturalnych. W pałacu nadal żywego ducha, oprócz pana Krzysia, który rano zrobił mężowi śniadanie. Dostałam wiadomość od Justy z gratulacjami, że mam takiego zdolnego męża. Nie moja to zasługa, ale się zgadzam :). Bardzo dawno się nie widziałyśmy na żywo, może przyszły rok będzie tym rokiem.
Dzwonię do rodziców bez powodu, chociaż w międzyczasie wynajduję pretekst, proszę o sprawdzenie, czy przypadkiem nie mamy w biblioteczce antycznego wydania Doktora Faustusa. Tata znajduje tylko Buddenbrooków.
Pod wieczór niespodziewanie puka do mnie Anna z zapytaniem, czy wszystko w porządku, bo nie widziała mnie ani kota już jakiś czas. Wcześniej dzwoniła nawet do Freda. Zaprosiłam ją do środka, zasypałam słowami.
A co teraz będzie? Perswazje (2007) z Sally Hawkins, które dobrze znam i lubię, więc są idealne na taki dzień. Pewnie jeszcze porozmawiam z Kochanym. Okno zamknięte, kot drzemie, dobra noc.
Czasem właśnie takie błogie lenistwo połączone z jedzeniem to najlepsza rzecz.
OdpowiedzUsuńProblem polega na tym, że ja dość często to uprawiam, za często ;)
UsuńA u mnie wręcz odwrotnie. Na pierwszy posiłek znalazłem czas dopiero przed szesnastą. A tak od ósmej ciągle w ruchu na dwóch kruchych ciasteczkach i dwóch herbatach :)
OdpowiedzUsuńSkoro nie znalazłeś wcześniej czasu :)
UsuńMój poprzedni komentarz dotyczył oczywiście tez dzisiaj - czyli poniedziałku :) Bo dopiero zauważyłem że to tutaj to opis niedzieli.
OdpowiedzUsuń:) Rozumiem, poprawkę zapisuję.
Usuń