Strony

piątek, 16 lutego 2024

1523. Długi spacer.

Bo nie lubię chodzić z żoną brzydki, stwierdził Fred o poranku, pakując do samochodu ubranie na zmianę. 

Noc była ciepła, pierwszy raz w tym roku wykopywałam się spod kołdry i spałam z gołym tyłkiem na wierzchu. Pomimo nocnej kręciołki obudziłam się o piątej rano całkiem wypoczęta i postanowiłam jechać z Kochanym do Dublina. Z nieba padały jakieś paprochy, bo deszczem trudno to nazwać, raczej mgła lub zbyt niska chmura zawadzająca rąbkiem kiecki o przedmieścia stolicy, gdy z Grechutą jechaliśmy na południe. Byliśmy na miejscu przed ósmą. Kochany udał się do pracy, u mnie zostało trochę czasu do otwarcia wrót, więc poszłam półtora kilometra w przeciwnym kierunku, żeby w kawiarni Costy w południowy Finglasie napić się flat white, zjeść jogurt i poczytać książkę (otwarcie Costy opóźniło się o jakieś pięć minut, ale plan został zrealizowany).

Na wałęsania cmentarno-botaniczne ruszyłam po dziewiątej. Najpierw zaszłam do części cmentarza w Glasnevin nazywanej St. Paul's. Chociaż wiedziałam w którym kwadracie mam szukać grobu Luke'a Kelly'ego, zadanie okazało się trudniejsze niż sądziłam i szybko mnie znużyło. Dałam sobie z tym spokój i ruszyłam w kierunku ogrodu botanicznego, ale przez główne wejście na Glasnevin, którym (kierując się strzałkami) doszłam do płotu granicznego z ogrodem.






 

Palmiarnia i wszystkie inne dostępne szklarnie, kaczki, kurki wodne, rudzik, szum rzeki Tolka ... bardzo przyjemnie spędzony me time. Gdy Kochany zadzwonił, że skończył pracę, przebrał się, kupił szafkę na moje duperele i czeka, właśnie wychodziłam głównym wejściem cmentarnym. Oboje byliśmy już porządnie głodni (obczajałam wcześniej dwie kolejne kawiarnie, w ogrodzie i na cmentarzu, ale żadna mi nie podeszła), więc pojechaliśmy do Blanchardstown na lunch w Milano. Po pizzy kręciliśmy się chwilę tu i tam, mamy parę płyt ze sklepu Golden Discs, Kochany zajrzał do TK Maxxa i kupił sobie spodnie. W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy jeszcze o Costę w Drołdzie (do zielonej herbaty poprosiłam dżem truskawkowy :D, i bardzo słusznie zrobiłam, dżem podpasił). 

Reszta dnia domowa, Kochany chodzi z metrówką i myśli nad jutrzejszym przestawianiem kamieni, mnie rwie mały palec prawej ręki; przeglądam fotki ze spaceru; dla sportu prowadzę w sieci głupią rozmowę o niczym.

6 komentarzy:

  1. Rudzika pewnie słyszałem, ale chyba nigdy nie widziałem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariusz, w Polsce też nie widywałam go za często. Tutaj to bardzo popularny ptak, jest symbolem UK i Bożego Narodzenia, poza tym jest z nim związanych wiele wierzeń.

      Usuń
  2. Piękne rzeczy widziałaś i słyszałaś. Mnie już skręca, tak potrzebuję wiosny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @FrauBe, dobrze, że się zmotywowałam. Wprawdzie trochę pobyłam sama, ale potem wracaliśmy do domu z Kochanym, a to też zawsze jest ciekawe :)

      Usuń
  3. Strasznie dużo kupujecie:))
    Pozdrawiam
    Penna

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.