Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry Mourne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry Mourne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

1330. Poniedziałkę.

Spałam, a moje Kochanie już tuptało wczesnym porankiem. Kiedy na dobre się obudziłam, Miły w stroju adekwatnym wybywał na Północ. Dzisiaj bank holiday, co nie robi mi różnicy, bo ostatnio nie pracuję w poniedziałki. Statystyka była. Nadal czuję luzy, ale brnę dalej, bo nie widzę innego wyjścia. Ryszard był nie w sosie, dopiero po południu nareszcie coś zjadł do końca.

*** 

Kochany pokazywał mi drogę na mapie. Zaparkowali z Ka gdzieś na Trassey Road, po czym dolinką rzeki Trassey i Zajęczą Przełęczą doszli pod Slieve Commedagh i skręcili w podejście na Slieve Beg, potem Cove Mountain (na ostatniej fotce widok na Slieve Binnian). W drodze powrotnej Fred zatrzymał się u przyjaciół na popas i wrócił przed dziewiątą wieczór. 





piątek, 5 sierpnia 2022

961-962. Czwartkowa wyprawa, piątkowy odpoczynek.

Co się może dziać, jak Fred wstaje przede mną i radośnie łazi po mieszkaniu w sportowych spodniach? Wiadomo, w góry jadziem :D. Wyruszyliśmy o dziewiątej w kierunku Północy. Dzień zapowiadał się na słoneczny, zatrzymaliśmy się tylko, żeby kupić kremy z filtrem; przy martwym lasku zaparkowaliśmy przed dwunastą, w sam raz, żeby zobaczyć krowy na gigancie.


Plusem wypraw w środku tygodnia jest mała liczba turystów, poza tym większość osób ogarnia, co robi. Już na starcie wyprzedziła nas sympatyczna para zmierzająca do Ben Crom, widać, że zaprawiona w łazikowaniu, bo od razu wiedzieli, co mamy na myśli idąc tam, gdzie na razie nie było śladu na horyzoncie po wspomnianej przez Freda górze.

Najgorszą częścią trasy było dla mnie schodzenie z przełęczy, z jakichś powodów błędnik dawał mi mylne sygnały.




Slieve Bearnagh. Ładnie, ładnie.



W drodze powrotnej na przełęcz (tym razem poszliśmy śladem trzech starszych panów, którzy zwijali sie spod góry, gdy my dopiero do niej startowaliśmy; obserwowanie ich było frajdą) złapał nas lekki deszcz, nic wielkiego, byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Przy parkingu stawiliśmy się ponownie przed szóstą, umiarkowanie zmęczeni, nie aż tak, żeby nie dojeść kanapek z jajkiem.

Zanim powstał pomysł na wycieczkę, Kochany umówił nas z Ka&Jot, i nie było powodu, żeby spotkanie odwoływać, tym bardziej, że wracając z Północnej przejeżdżaliśmy obok domu przyjaciół. Po napitkach powitalnych obejrzeliśmy na Netflixie Girl in the Picture (2022). Gdzieś widziałam pozytywną "recenzję" tego dokumentu, tymczasem to typowy amerykański gadaniec, gdzie największa patologia przedstawia samą siebie w dobrym świetle i bez względu na treść wszystko zmierza ku happy endowi ("popatrz jaki jej ładny pomnik postawiliśmy"). Film demaskuje "wartości rodzinne" w USA i niemoctwo policji.

Dzisiaj zaś, cóż, do pracy. W pracy praca, takie tam papierkowe pitu pitu. Z miłych rzeczy: work placement się potwierdziło w ciekawym miejscu, tyle, że dopiero od września.

Fred już się szykuje na wyjazd do Polski, Andrju podłącza się z ekipą (jeśli dobrze rozumiem), będą leciały wióry. Co by jednak kiedyś nie było, dzisiaj po obiedzie poszliśmy z Kochanym na spacer. Nadal jest miło pod wieczór, morze spokojne i nie ma śladu po wczorajszej sensacji (wiejska plaża została zamknięta na kilka godzin z powodu znalezionego po odpływie obiektu, który okazał się dużym kawałek plastiku). Tulamy się i Fred śpiewa mi do ucha Fala! turutututum, fala, fala, fala ...

niedziela, 16 stycznia 2022

761. Game changer: ciepłe rajtki pod spodniami.


Wczorajszy pomysł został zrealizowany, choć zaszwankował jeden element: wiatr, który postanowił wiać nam w Cichej Dolinie prosto w twarze, gdy kroczyliśmy ku tamie Ben Crom. Wszystko inne odfajkowane: pobudka po ósmej (jest), Aś parkująca w Newry (jest), słońce (jest), tylko ten wiatr w twarze, niech go cholera, rajtki po czasie doceniam. Ale było pięknie, pięknie było. I sporo ludzi, inaczej niż w styczniu dwa lata temu. Wjazd kosztował £5, za funciaka można było kupić karmę dla kaczek, i kaczki najwyraźniej bardzo dobrze o tym wiedziały, bo łypały na nas wyczekująco. Spotkaliśmy mnóstwo psów i jednego rudzika, który uprzejmie lecz stanowczo poinformował nas, żebyśmy mu nie deptali po jego części asfaltu.




Spośród różnych pomysłów na powycieczkową szamę wygrała opcja z Newry, obszerny i dobrze dający jeść The Oliver. Byliśmy tam pierwszy raz i chętnie powtórzymy doświadczenie, Fred zachwycał się stekiem, ja kurzyną, Aś makaronem. Zgodnie polaliśmy to flat white i przyklepaliśmy deserami w trzech odsłonach. Do tego obsługa nie udawała, że sprawdza paszporty covidowe, tylko naprawdę je sprawdziła 👍


Zmitrężyliśmy cały dzień na łażeniu, tracąc czas i kasę, jak to my. Pod wieczór zjechaliśmy do kraju przystając po drodze na herbatę u Ka&Jot. W planie był to wieczór filmowy, Fred nawet wziął kilka płyt dvd, ale pewnie miałam tak podkrążone oczy i ziewałam tak niedyskretnie, że Ka nie nalegał na kinowe ekscesy. Wróciliśmy do domu po dziewiątej. Jestem zmęczona, boli mnie gardło, kichnęłam tylko dwa razy.

piątek, 1 stycznia 2021

381. Ładnie się zaczyna.

Dzień zaczął się przepięknie, tuż przed ósmą (poszliśmy spać o drugiej) widokiem na ośnieżoną górę Slieve Foy oświetloną księżycem w pełni. Aś nakarmiła nas jajecznicą zrobioną na bogato, z pieczarkami, wędliną, porem i odrobiną śmietanki. Wybyłam od niej z prezentem (zestawem z preparatem do płukania zatok) i pożyczoną książką Pilcha, Miasto utrapienia. Jeszcze na chwilę podjechaliśmy na miejski parking, żeby udać się z niego na nasze molo. 

Spieszyliśmy się do domu, bo kot czekał na nas zamknięty na cztery spusty, a słoneczna pogoda zachęcała go na pewno do spaceru. Gdy tylko zasiadłam do herbaty we własnej kuchni zadzwoniłam do rodzinki, żeby tym razem złożyć życzenia wszystkim. Mama miała swój moment negatywizmu i wieszczenia, że to będzie zły rok. Nie mogę jej pomóc, zresztą będąc na miejscu też bym nie mogła. Mogłam przesłać słowa miłości, co uczyniłam. Uważam teraz, że zupełnie zbędnie przeciągnęłam tę rozmowę. Miałam cały czas na głowie czapkę od Anny (Anna dostała ją od siostry i dała mi ją w ostatni dzień roku, ponieważ mam już rękawiczki i szalik, który pasuje do zestawu).

Trochę zdołowani maminym rantem (Fred to nie wiem, ale ja z pewnością), zrobiliśmy sobie wróżbę z Kinder niespodzianki. I tu, uwaga, uwaga, wróżba jest zajeświetna. Fred złożył sobie coś, co wygląda jak odrzutowa kosiarka (to podobno ciężarówka, ale zostanie przerobiona na kosiarkę), czyli dobrze, może większy domek z większym ogrodem, ja natomiast dostałam liska kotka! I ten kotek wyglądający jak lisek okazał się kocim stemplem (czyżby kariera biurowa? będę miała własny ekslibris? drugi kot do zestawu się pojawi?).

Obiadek zrobił się niechcąco dwudaniowy — zanim doczekaliśmy się rozmrożenia ryb od Thomasa Fred otworzył zbunkrowany gdzieś słoik zupy (okazała się jadalna). Przez większość piątku jestem niedospana i przed drugą częścią obiadu, który stał się kolacją, drzemkuję długo i skutecznie. Thomasowa ryba była chyba podwędzana, jak mniemamy. Na koniec oglądamy Wakacje Jasia Fasoli (2007), to pierwszy od dłuuugiego czasu tak zły film obejrzany przez nas od początku do końca.

Poniżej: Slieve Foy o poranku, nasza ławeczka, Slieve Binnian widziany z mola, wróżba z Kinder niespodzianki





niedziela, 19 lipca 2020

214. Sobota na Slieve Binnian.

Wczoraj ponownie weszliśmy na szlak w trójkę, ja, Fred i Aś. Tym razem tylko niedaleki wypad do Północnej. Byliśmy umówieni z Aś w Newry, tam ona zostawiła swój samochód niedaleko stacji benzynowej i zapakowała ekwipunek do bagażnika naszej strzały. Wędrowaliśmy tego dnia po pięknym, kamienistym szlaku początkowo pachnącym owcą.

Od parkingu za £3 blisko Carrick Little doszliśmy do muru Mourne.



Pod murem, dobrze wydeptanym szlakiem kontynuowaliśmy drogę do głównego szczytu Slieve Binnian. Po sesji fotograficznej (z góry widać Silent Valley) zatrzymaliśmy się w tym miejscu dłużej (pora karmienia).




Następnie ruszyliśmy w kierunku drugiego szczytu góry, Slieve Binnian North Top, a stamtąd do North Tor (Buzzard's Roost). Za tą formacją skalną zaczyna się kamieniste, momentami dość strome zejście zza którego wyłania się widok na tamę i górę Ben Crom (na dole byliśmy w styczniu).




Zeszliśmy do skrzyżowania pod górą Slievelamagan i wybraliśmy szlak prowadzący obok Blue Lough i spalonego Annalong Wood do początku trasy i parkingu. W spalonym lesie biwakowicze kopcili ogniskami, mijaliśmy też sporo ludzi, którzy dopiero wybierali się pod namiot.


Było dobrze po osiemnastej, gdy na parkingu zaczęliśmy się rozdziewać i rozobuwiać. Dzień był jeszcze młody i zamiast wracać od razu do Newry, skorzystaliśmy z bliskości malutkiego Annalong. Smak pieczonego dorsza ze stycznia był się nam łaskaw przypomnieć — ponownie znaleźliśmy się w The Galley Restaurant, tym razem na zewnątrz, przy stoliku tuż przy murku. Grzałam się w słońcu i jadłam do syta.


Dopiero w domu zauważyłam, że idąc tego dnia w rybaczkach, opaliłam sobe łydki na czerwono. Udał się nam dzień.

środa, 8 stycznia 2020

22. Wycieczka do Silent Valley.

Początek dnia taki sobie, chociaż zjedliśmy rybkę z piekarnika (wczoraj wieczorem Thomas nam przyniósł niespodzianie "fresh, nice fish"). Po dziesiątej wyjechaliśmy w kierunku Kaś Z Północnej przepiękną trasą widokową przez Warrenpoint i spędziliśmy u niej dłuższy czas, bo Fred robił przymiarki do każdej z sześciu par spodni.


— Ale wiesz, że te spodnie są w dwóch kolorach?, pyta Kaś.

Wiedzieliśmy gdzie chcemy jechać potem i trochę niefrasobliwie nie wzięliśmy prowiantu. Na lunch wstąpiliśmy do bardzo smacznego miejsca: The Galley Restaurant w Annalong — wzięliśmy fish & chips, akurat był dorsz pod pierzynką, wymieniłam sobie frytki na champ.


A potem już mogliśmy iść. Silent Valley, szlak do zapory Ben Crom. Wjazd kosztował nas £4,5. Przyjechaliśmy ok. 14:30, trochę późno, marsz z wejściem na zaporę (tam i z powrotem 10 km/6 mil) zakończyliśmy po zmroku. O piątej byliśmy ponownie obok Valve Tower. Właśnie zza góry wschodził księżyc.