Co się może dziać, jak Fred wstaje przede mną i radośnie łazi po mieszkaniu w sportowych spodniach? Wiadomo, w góry jadziem :D. Wyruszyliśmy o dziewiątej w kierunku Północy. Dzień zapowiadał się na słoneczny, zatrzymaliśmy się tylko, żeby kupić kremy z filtrem; przy martwym lasku zaparkowaliśmy przed dwunastą, w sam raz, żeby zobaczyć krowy na gigancie.
Plusem wypraw w środku tygodnia jest mała liczba turystów, poza tym większość osób ogarnia, co robi. Już na starcie wyprzedziła nas sympatyczna para zmierzająca do Ben Crom, widać, że zaprawiona w łazikowaniu, bo od razu wiedzieli, co mamy na myśli idąc tam, gdzie na razie nie było śladu na horyzoncie po wspomnianej przez Freda górze.
Najgorszą częścią trasy było dla mnie schodzenie z przełęczy, z jakichś powodów błędnik dawał mi mylne sygnały.
Slieve Bearnagh. Ładnie, ładnie.
W drodze powrotnej na przełęcz (tym razem poszliśmy śladem trzech starszych panów, którzy zwijali sie spod góry, gdy my dopiero do niej startowaliśmy; obserwowanie ich było frajdą) złapał nas lekki deszcz, nic wielkiego, byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Przy parkingu stawiliśmy się ponownie przed szóstą, umiarkowanie zmęczeni, nie aż tak, żeby nie dojeść kanapek z jajkiem.
Zanim powstał pomysł na wycieczkę, Kochany umówił nas z Ka&Jot, i nie było powodu, żeby spotkanie odwoływać, tym bardziej, że wracając z Północnej przejeżdżaliśmy obok domu przyjaciół. Po napitkach powitalnych obejrzeliśmy na Netflixie Girl in the Picture (2022). Gdzieś widziałam pozytywną "recenzję" tego dokumentu, tymczasem to typowy amerykański gadaniec, gdzie największa patologia przedstawia samą siebie w dobrym świetle i bez względu na treść wszystko zmierza ku happy endowi ("popatrz jaki jej ładny pomnik postawiliśmy"). Film demaskuje "wartości rodzinne" w USA i niemoctwo policji.
Dzisiaj zaś, cóż, do pracy. W pracy praca, takie tam papierkowe pitu pitu. Z miłych rzeczy: work placement się potwierdziło w ciekawym miejscu, tyle, że dopiero od września.
Fred już się szykuje na wyjazd do Polski, Andrju podłącza się z ekipą (jeśli dobrze rozumiem), będą leciały wióry. Co by jednak kiedyś nie było, dzisiaj po obiedzie poszliśmy z Kochanym na spacer. Nadal jest miło pod wieczór, morze spokojne i nie ma śladu po wczorajszej sensacji (wiejska plaża została zamknięta na kilka godzin z powodu znalezionego po odpływie obiektu, który okazał się dużym kawałek plastiku). Tulamy się i Fred śpiewa mi do ucha Fala! turutututum, fala, fala, fala ...