Wczorajszy pomysł został zrealizowany, choć zaszwankował jeden element: wiatr, który postanowił wiać nam w Cichej Dolinie prosto w twarze, gdy kroczyliśmy ku tamie Ben Crom. Wszystko inne odfajkowane: pobudka po ósmej (jest), Aś parkująca w Newry (jest), słońce (jest), tylko ten wiatr w twarze, niech go cholera, rajtki po czasie doceniam. Ale było pięknie, pięknie było. I sporo ludzi, inaczej niż w styczniu dwa lata temu. Wjazd kosztował £5, za funciaka można było kupić karmę dla kaczek, i kaczki najwyraźniej bardzo dobrze o tym wiedziały, bo łypały na nas wyczekująco. Spotkaliśmy mnóstwo psów i jednego rudzika, który uprzejmie lecz stanowczo poinformował nas, żebyśmy mu nie deptali po jego części asfaltu.
Spośród różnych pomysłów na powycieczkową szamę wygrała opcja z Newry, obszerny i dobrze dający jeść The Oliver. Byliśmy tam pierwszy raz i chętnie powtórzymy doświadczenie, Fred zachwycał się stekiem, ja kurzyną, Aś makaronem. Zgodnie polaliśmy to flat white i przyklepaliśmy deserami w trzech odsłonach. Do tego obsługa nie udawała, że sprawdza paszporty covidowe, tylko naprawdę je sprawdziła 👍
Zmitrężyliśmy cały dzień na łażeniu, tracąc czas i kasę, jak to my. Pod wieczór zjechaliśmy do kraju przystając po drodze na herbatę u Ka&Jot. W planie był to wieczór filmowy, Fred nawet wziął kilka płyt dvd, ale pewnie miałam tak podkrążone oczy i ziewałam tak niedyskretnie, że Ka nie nalegał na kinowe ekscesy. Wróciliśmy do domu po dziewiątej. Jestem zmęczona, boli mnie gardło, kichnęłam tylko dwa razy.
Przyjemne widoczki. Wiatru nie zazdroszczę. U mnie mają być podobno jakieś wichury nocą, rząd przysłał SMS-a z alertem.
OdpowiedzUsuńWidokowo ładniej, wiatrowo gorzej, ale o dziwo zatoki mi wytrzymały.
Usuń