Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slieve Foy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slieve Foy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2026

2433. Bobkowym szlakiem.

Oj oj, spałam kiepsko i wogle, z rana trochę się mi nie chciało zwlec, ale byłam bardzo dzielna. I dobrze, gdyż:







Wyruszyliśmy w drogę po dziewiątej, ok. jedenastej zaczęliśmy spacer, ok. pierwszej byliśmy na górze, potem jeszcze zejście i ok. czwartej azymut na naszą wieść. 

Bardziej niż szlaków ludzkich, trzymaliśmy się bobkostrad; góra stała w jesiennej szacie, niżej wielkie paprocie, wyżej fjulytowe wrzosowiska buczące bombowcami. Oj dobre to było, dobre wyjście na świat sierpniowy w kolorach siana, zmęczonej zieleni, czerwieni jarzębin; pogoda w punkt, nie za gorąco, wiało niewiele. Trochę się ludzi nazłaziło, ale też bez przesady; pod szczytem dwie panie nas wyhaczyły, jedna pochwaliła się, że chodziła po Tatrach. Irlandka! 

Mały minus: jakaś menda przytarła nam Babcię zaparkowaną pod świętym Michałem, przytarcie z tyłu na prawym błotniku, niewielkie, ale jednak (żeby cię zatwardzenie chwyciło, a nie puszczało przez miesiąc, cunt!).

Z mamą rozmawiałam krótko, tuż po obiedzie; mama oglądała właśnie na BBC First jak Lady Catherine de Burgh przyjechała do Bennetów, więc nie chciałam jej rozpraszać uwagi ;) Jestem padnięta w miły sposób; i tylko łeb mnie napiernicza (mam nadzieję, że to nie zawianie, tylko tlenu przedawkowanie).

czwartek, 19 maja 2022

884. Lepiej i gorzej.

Czułam, że Fred wrócił, ale byłam zbyt zbetoniona snem, żeby się przywitać. Zaraz po przebudzeniu (pobudka ustawiona na 5:45) zadzwoniłam do mamy, zastałam ją w drodze do pracy (tatko za kierownicą, Maksio spał na tylnym siedzeniu). Życzenia zostały złożone. Powtórzyliśmy je wspólnie z Fredem w drugiej części dnia, ale na razie zebrałam się w sobie. W robocie była robota, inna trochę, bo rozmawiałam z ludźmi przy stoisku, słuchałam przemówień lokalnych szyszek, a gdy w czasie przerwy kawowej jadłam rogalika, przyszedł fotograf i zrobił nam (mnie i Lorejn) zdjęcie, boję się, że do gazety (uśmiechnęłam się uśmiechem chomika w czasie obiadu).

Kochany zabrał mnie na obiad "po drodze", czyli do Carlingford. Aś akurat wyszła na przerwę (chwilę pogawędziliśmy o świecie z jej szefem) i odnalazła się, gdy szliśmy na szamę. Zmęczona jest, widać to było po niej, musi odpocząć przed podróżą do matczyzny, więc rozmowa była krótka. Potem konsumpcja. W naszym ulubionym miejscu znowu brak płatności  kartą, więc pub PJ's, voilà:

Po obiedzie molo i powrót do domu naobkoło, przez punkt widokowy na Slieve Foy, z tego miejsca zadzwoniliśmy do mamy:

I do Drołdy, bo Kochany chciał mi coś pokazać w TK Maxxie. No to sobie nieopatrznie kupiłam jedwabny szal w pomarańczowo-niebieskie, geometryczne wzory. Z rzeczy niemiłych, gardło mnie boli, nie wiem dlaczego teraz, skoro od wszystkich grzechów, które pamiętam, minęło już trochę czasu. Mam nadzieję, że to nie pokrzyżuje jutrzejszych zamiarów. Spać.

środa, 17 marca 2021

456. Patryk na Slieve Foy.

Z rana Fred zerwał się przed budzikiem — gdy wybrnęłam z łóżka mąż krzątał się w kuchni i był, jakby to powiedziała babcia Mania, na poszykusiu. Spodnie na tyłku, jak rzadko o tej porze, a jego właściciel robił nam kanapki i cytował Brzechwę (coś o kaczce i tasiemce). Rozmawialiśmy też o tym z iloma pingwinami musielibyśmy walczyć (na łebka), gdyby wszystkie osobniki z Antarktydy napadły na Irlandię. Po śniadaniu, po dziesiątej, przy dźwiękach piosenek Vana Morrisona pojechaliśmy do Carlingford, do Aś, która uraczyła nas trunkami niealkoholowymi, następnie zapakowała się z nami do autka. Udaliśmy się w kierunku Windy Gap, gdzie leży Długa Kobieta. Samochód został na parkingu, a nasza trójka przeszła grzbiety gór do głównego szczytu, a potem zeszła przez przygodne błotko, łąki, zagrody i wieczorne miasto aż do domu przyjaciółki.







Gdy przed ósmą Fred z Aś pojechali sprowadzić nasz samochód z górskiego parkingu, połączyłam się na chwilę z rodzicami. Miła wiadomość — w ostatnim badaniu histo u Niuni nie wykryto nic podejrzanego. 

Aś nas jeszcze nakarmiła sałatką z kurczakiem i po dłuższym zamulaniu trzeba nam było w drogę, z Davidem B. bo tak łatwiej. Matko nóg nie czuję!

piątek, 1 stycznia 2021

381. Ładnie się zaczyna.

Dzień zaczął się przepięknie, tuż przed ósmą (poszliśmy spać o drugiej) widokiem na ośnieżoną górę Slieve Foy oświetloną księżycem w pełni. Aś nakarmiła nas jajecznicą zrobioną na bogato, z pieczarkami, wędliną, porem i odrobiną śmietanki. Wybyłam od niej z prezentem (zestawem z preparatem do płukania zatok) i pożyczoną książką Pilcha, Miasto utrapienia. Jeszcze na chwilę podjechaliśmy na miejski parking, żeby udać się z niego na nasze molo. 

Spieszyliśmy się do domu, bo kot czekał na nas zamknięty na cztery spusty, a słoneczna pogoda zachęcała go na pewno do spaceru. Gdy tylko zasiadłam do herbaty we własnej kuchni zadzwoniłam do rodzinki, żeby tym razem złożyć życzenia wszystkim. Mama miała swój moment negatywizmu i wieszczenia, że to będzie zły rok. Nie mogę jej pomóc, zresztą będąc na miejscu też bym nie mogła. Mogłam przesłać słowa miłości, co uczyniłam. Uważam teraz, że zupełnie zbędnie przeciągnęłam tę rozmowę. Miałam cały czas na głowie czapkę od Anny (Anna dostała ją od siostry i dała mi ją w ostatni dzień roku, ponieważ mam już rękawiczki i szalik, który pasuje do zestawu).

Trochę zdołowani maminym rantem (Fred to nie wiem, ale ja z pewnością), zrobiliśmy sobie wróżbę z Kinder niespodzianki. I tu, uwaga, uwaga, wróżba jest zajeświetna. Fred złożył sobie coś, co wygląda jak odrzutowa kosiarka (to podobno ciężarówka, ale zostanie przerobiona na kosiarkę), czyli dobrze, może większy domek z większym ogrodem, ja natomiast dostałam liska kotka! I ten kotek wyglądający jak lisek okazał się kocim stemplem (czyżby kariera biurowa? będę miała własny ekslibris? drugi kot do zestawu się pojawi?).

Obiadek zrobił się niechcąco dwudaniowy — zanim doczekaliśmy się rozmrożenia ryb od Thomasa Fred otworzył zbunkrowany gdzieś słoik zupy (okazała się jadalna). Przez większość piątku jestem niedospana i przed drugą częścią obiadu, który stał się kolacją, drzemkuję długo i skutecznie. Thomasowa ryba była chyba podwędzana, jak mniemamy. Na koniec oglądamy Wakacje Jasia Fasoli (2007), to pierwszy od dłuuugiego czasu tak zły film obejrzany przez nas od początku do końca.

Poniżej: Slieve Foy o poranku, nasza ławeczka, Slieve Binnian widziany z mola, wróżba z Kinder niespodzianki





poniedziałek, 6 lipca 2020

202. Idziemy na Slieve Foy.

Czekamy na listonosza, plecaki już spakowane, Katlin widząc jak się kręcę wokół samochodu, podrzuca mi cztery cieplutkie sconesy i opowiada o wczorajszym wyścigu charytatywnym (było dużo samochodów, nawet kilkadziesiąt ciężarówek, uzbierano mnóstwo kasy, a sąsiedzi spotkali samych lovely people). Listonosz objawia się w ostatniej chwili. Karty wyborcze! — I sign myself, mówi nam. Nie ma sprawy, bro. Jest 12:34, wskakujemy w autko i lecimy na północ.

Z ekscytacji wzięłam wszystko, ale nie zieloną bluzę z kapturem, w której zostawiłam rękawiczki. Zajrzeliśmy do Aś, ale u niej nie ma niczego sportowego. Jestem więc tylko w krótkim rękawku, na górze wieje i muszę mieć na sobie goretex, chociaż nie pada. Dobre i to. Cały ten czas gra mi w głowie piosenka Sigur Rós "Glósóli".

Droga na i z Slieve Foy (ostatnio byliśmy tu w maju dwa lata temu):











Jedziemy do domu pod ósmą wieczór, niebo dość pogodne, chmurki tu i tam.

— Ta chmura wygląda jak piesek, mówię Fredowi.
— Tak!
— Myślałeś o tym samym?

Czasem mi się zdaje, że mamy mózgi połączone jakimiś niewidzialnymi kabelkami. A teraz jestem skonana. Zamrażanie rosołu na później to bardzo dobra rzecz i chwalebna.