Środa w pracy ciągnęła się niemiłosiernie, szczególnie, że wiedziałam o zebraniu rady o piątej, na którym to spotkaniu miałam być osobą własną, aby się zaprezentować. Byłam, zaprezentowałam, zaniżyłam dramatycznie średnią wieku zgromadzenia. Wyszłam po dwudziestu minutach w ulewę, na szczęście Kochany już stał, migał Babcinymi światłami. Pogodowo bardzo kiepsko, szaro, mokro (miałam szczęście po południu, gdy wspinałam się na górkę akurat nie lało, ale to był tylko jasny epizod przed pompą).
W domu tymczasem myszy osiągnęły kolejny kamień milowy — w czasie nieobecności Freda któraś panienka otworzyła z łapy drzwi wiodące na korytarz i do sypialni. Kochany na szczęście wrócił z drogi po kilku minutach, bo czegoś zapomniał, ale fakty są faktami: zastał myszy w oknie, z oczami wybałuszonymi na ptafffki. Ach. Przed podaniem rewelacyjnego obiadu, Kochany zadzwonił do siory z okazji imieninowej, więc oczywiście krótko omówiliśmy wydarzenie, gdyż Usz sama matką kotów będąc, rozumie te troski jakże dojmujące (biała pantera i nowa siostra znaleźli się w kamerce).
Przy obiedzie zaczęliśmy się zastanawiać, co by tutaj zaprenumerować. Mąż na dobre rozstaje się z prenumeratą Onetu, bo dla publicystyki na tym portalu nie ma już żadnej nadziei, SEO ubiło dziennikarstwo, ciało uległo rozkładowi i z martwych nie powstanie. Kochany subskrybuje GW, ale chce coś jeszcze, padło hasło Tygodnik Powszechny. Przeglądamy opcje.
Poza tym przysłali nam formularz. Wypełniamy formularz na cito. Mamy dość, więc tym razem nie odpuścimy tak łatwo. Przez tę zgniłą biurwokrację późno przypomniało mi się, że miałam zadzwonić do mamy. Mama jeszcze nie spała; rozmowa trwała krótko, ale mnie ucieszyła.

