Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merry xmas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą merry xmas. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2025

2199. Wilija’25.

O 3:27 padał śnieg. Prawdziwy, najprawdziwszy, mokre kłapcie. Gdy wstałam rano, nie było po nim śladu, ech. Śniadanie, krokiety, wyjazd na cmentarz (ziąb dotkliwy), dokańczam robić sałatkę, woda ze śledzia na obiad, i tak dalej. 

Tymczasem Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, a Baśka zaprawia Azję w łeb, jak co roku. Za ozdoby służą tylko światełka, nie mamy żadnych stroików, totalny minimalizm ozdobowy.

I jeszcze Wojtuś wylegujący się na rozłożonym łóżku, Rozalka, z której zrobiła się duża, okrąglutka dziewczyna, oraz Zosia Kot, która właśnie dzisiaj dała się namówić tacie na przebywanie w domu (najpierw owrzeszczała dyjabły i długo żądała otworzenia drzwi na dwór, ale w końcu są święta).



Po piątej zasiedliśmy do kolacji. Kochany też akurat jadł uszka. Ponownie połączyliśmy się z mężem mym przez messengera, gdy z rodzicami zaczęliśmy wyjmować prezenty. Gdyż, poza dużą ilością łakoci:

oraz bransoletka "codzienna" z turmalinem i hematytem. Książki czekały na mnie od wielu dni, nie zerkałam na nie, choć mogłam, chciałam mieć miłą niespodziankę właśnie dzisiaj. Wszystkie prezenty bardzo mnie cieszą i cieszy mnie to, co daliśmy rodzicom. 

Po kolacji mama długo rozmawiała z kuzynką Es, Kochany zaś w domu połączył się z innymi ludźmi, w tym z ciocią Ce, która, proszę bardzo, ma koty terapeutyczne.

Wczoraj późnym wieczorem, gdy lekka bezsenność szczypała mnie w nos, zaczęłam nawet czytać Ucztę Trymalchiona Petroniusza, ale cóż :D trzeba to odłożyć, bo dzisiaj wywiad z Fossem, przy jednoczesnym zerkaniu na Śledztwo siostry Bonifacji. Jest mi dobrze :)

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

niedziela, 24 grudnia 2023

1469. Wilija'23.

Męczył mnie nos i kaszel, więc wstałam z łóżka przed siódmą, żeby się przeciągnąć i napić herbaty, a tu za oknem sytuacja śniegowa:

Jeszcze przed śniadaniem zaczęłam robić sałatkę (Kochany nucąc Christmas Time The Darkness pomógł mi w krojeniu kartofli, ale to później w ciągu dnia). Zawinęłam też krokiety (wyszło 16). Mama przygotowała karpia, zrobiła galaretkę z kurzyny i kapustę z fasolą à la babcia Mania. Przez większość czasu pracowałyśmy pod czujnym okiem inspektora ds. żywności:

Po wodzie ze śledzia pojechaliśmy z Fredem na chwilę na cmentarz, żeby zostawić światło dla dziadków i cioci. W tym czasie śnieg zdążył już stopnieć i na ścieżkach zalegały brejokałuże.

Wigilia była bezopłatkowa, intencjonalnie, bo nie było komu pójść do kościoła (rodzice nie przejawili entuzjazmu w tym kierunku). Wymieniliśmy się prezentami, zjedliśmy parę potraw (ja uszka w barszczu, pieroga i kapustę z fasolą). W trakcie kolacji zadzwoniła świekra, żeby nam pokazać rodzinną imprezę ze szwagrostwem. Po kolacji tatko zadzwonił do wujka Kaza i nawet wcięłam się mu w rozmowę, bo widać było, że chrzestny jest zaciekawiony naszą wizytą. Kochany dostał ode mnie perfumę Armaniego Bois D'Encens, ja dostałam czytnik książek PocketBook Era :D. Dzień był udany pod wieloma względami, np. Malineczka, która wczoraj nie chciała jeść i puszczała bąki, dzisiaj odzyskała apetyt. Teraz przed nami dwa dni laby bez martwienia się o obiady.

sobota, 24 grudnia 2022

1104. Dwudziestego czwartego.

Pierwsza pobudka: Wojtuś po ciemku wskrobał się na stolik i wypijał wodę z mojego kubka stojącego przy łóżku.

Z Porankiem Dwójki i Upiorem w eterze pokroiłam warzywa do sałatki i zawinęłam krokiety (wyszło szesnaście), mama przygotowała farsz do krokietów, płaty karpia do smażenia i kapustę z fasolą. Za oknem jesienne krajobrazy. Maciejek najpierw nadzorował prace kuchenne, potem dyskutował z tatą i Fredem o różnych ważnych sprawach (czternasta wilija, mógłby dużo na ten temat powiedzieć innym zwierzętom w domu rodziców):

I jeszcze Malinka, nasz prawie wilczarz, dla której to trzynasta zima (ostatnio głównie śpi rozciągnięta na chodniku w salonie, niechętnie się podnosi):

Kochany pierwszy raz ever miał okazję zjeść postną wodę ze śledzia:

Po zjedzeniu obiadu pojechaliśmy do Tcy z zamiarem wypicia kawy, kupienia zniczy i odwiedzenia grobów dziadków i pradziadków ze strony taty. Nic nie wynikło z części mojego misternego planu. Zaparkowaliśmy przed Muszkieterami na kilka chwil przed zamknięciem, nie wpuszczono nas, więc nie mieliśmy zniczy. Miasto wyglądało na opustoszałe z kobiet, po deptaku kręcili się głównie faceci, starsi, powiewający smutnie plastikowymi torbami, albo młodsi, szukający alkoholu. El Gato nie zawiodło jednak, obsługiwał nas ten sam chłopak, którego widziałam wczoraj, miły i kompetentny, nie spieszący się donikąd. 

Spróbowałam kawy z syfonu (bardzo dobra), Fred dokupił prezent dla rodziców na jutrzejszą rocznicę ślubu (serwer + dripper + używka brazylijska). Dopiliśmy napoje i przed trzecią ruszyliśmy do domu po drodze zajeżdżając na jeden z cmentarzy, gdzie nikt z rodziny oprócz moich rodziców już nie zagląda (wyrzuciliśmy do kosza chryzantemy ze święta zmarłych). 

Na kolacji wigilijnej nie było opłatka, bo gdzieś zawieruszyły się resztki z zeszłego roku. Ale były życzenia, poza tym uszka w barszczu, kapusta z fasolą, krokiety, karp, sałatka, prezenty (poza słodyczami i mandarynkami, od rodziców: dla Freda aliganckie chustki i jedwabna poszetka, dla mnie ciemnozielony, lisi szalik). Po wigilii Fred rozmawiał telefonicznie ze swoją mamą. Tak jak przypuszczałam, udało się jej postawić na swoim i sprowadzić gości do których rzekomo miała jechać wg planu z poprzedniego tygodnia. Bywają takie sytuacje. Na dobranoc dwa Vabanki. Jest mi błogo, to był dobry dzień, mogę spokojnie umyć ząbki i iść spać ;)

wtorek, 20 grudnia 2022

1099-1100. Merry, merry.

Poniedziałek.
Budzę się kilka razy, mój mózg próbuje ogarniać geometrię łóżka bez Freda. W pracy końcówka przed xmasem (quiz okolicznościowy w paru grupach, loteria fantowa; dwa spacery do Dżustina, rzeźnika rodzinnego, poza tym roboty tyle co nic). Domowa gorączka przedświąteczna polegała na tym, że Fred (gdy wrócił i odespał nocną włóczęgę) ciągnął mnie do M&S, żeby kupić filtry do kawy, a ja dalej niuchałam za prezentem dla Luizy (do srebrnego kalendarzyka na nowy rok dokupiłam balsam do ciała Aveeno). Wieczorem smęcę, głowa mi leci.

Wtorek.
Zapach świeżo mielonej kawy o poranku (dla Freda). W pracy laptop, kawa (dla mnie; prędziuchno pobiegłam w tę i z powrotem do Czarnej, nim ktokolwiek się skapnął, że mnie nie ma), świąteczne spotkanie (tym razem wszystkich pracowników; trochę jak w Polsce, na szczęście krótko). 

Znowu szwendałam się z Fredem po mieście, poszliśmy do Czarnej kawiarni, zajechaliśmy do TK Maxxa (kupiłam Kochanemu rękawiczki z jagnięcej skórki). Zaraz po powrocie do domu zanieśliśmy prezenty dla Katlin, ucieszyła się, bombkę-samochód zawiesiła na choince. Wieczorem Thomas przyniósł wędzonego łososia (gdyż merry xmas). W kinie domowym Austeria (1982) Kawalerowicza, film jedyny w swoim rodzaju. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie reumatyzm. Wychłodziłam się albo ogólnie pogoda, w każdym razie bolą mnie stawy, szczególnie palce u rąk i haluksy. Nom, spakowana już jestem.

niedziela, 26 grudnia 2021

739-740. Przybieżałam ...

Wczoraj Kochany zadzwonił do mnie w celu okazania sąsiedzkich darów — Katlin i Majk sprezentowali Fredowi zestaw skarpet Hilfiger i szalik Michaelis, a mnie zestaw kremów do rąk M&S i torbę-plecak Binnari. Dzisiaj małżonek wyruszył więc po dary rewanżowe, bo w zaaferowaniu ogólnym chaosem zimowym nie znalazł się czas na to wcześniej. I nic z tego, sklepy pozamykane, co było do przewidzenia. No cóż ...

Doczytywanie Fausta po nocy, oglądanie programów o mordercach, patologicznych zbieraczach, rolnikach z Podlasia, wyciskaniu pryszczy i odnawianiu brzydkich nor oraz Potop kilka razy na zmianę ze Znachorem ... w sumie święta przebiegły syto i spokojnie.





-7°C i śnieg, na chwilę z domu nie wychynęłam (po kilkugodzinnym siedzeniu w maseczce w czasie podróży zatoki znowu się grzebią), zwierzaki też wychodzą głównie na siku, większość czasu polegują w ciepłych kątach domu. Widoki z okna czyste i piękne, w końcu poczułam przełamanie się dnia, nowy rok słoneczny.

piątek, 24 grudnia 2021

738. Wilija.

Wyjechaliśmy z domu o szóstej, pod księżycem w lisiej czapie. Morze zapowiadało sztorm, ale lot był szybki i bezstresowy (m.in. dlatego, że Polaka, który bez maski, ewidentnie pod wpływem używek lub głupoty, nienaturalnie podekscytowany zabawiał każdego pasażera anegdotkami, straż lotniska zwinęła, thank gods, zanim zdążył wejść do samolotu).

Lotnisko we Wrocławiu przywitało mnie śniegowymi chmurami, dom przywitał się wodą ze śledzia. I właśnie, gdy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że zostawiłam nasz domek w Irl w stanie kompletnego bajzlu. Przepraszam, Kochany.







Prezenty pootwierane (wzór na szalu taty faktycznie jest identyczny z tym na zimowym kubraczku Maksia), kolacja zjedzona, sprawy obgadane. Mama zafascynowała się drzewami na MyHeritage i stworzyła własne, zaś mój Tweedowy Fred połączył się ze mną przed ucztą wieczorną u Ka&Jot. Miałam ambitne plany słuchania dalej Fausta (w samolocie przeniosłam się do trzeciego akapitu), jeszcze nie tracę nadziei, ale na teraz wylądowałam w moim starym szlafroku przed telewizorem nadającym Siostry wielkiej wagi (to polski tytuł 1000-lb Sisters). Za oknem pada śnieg.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

727. Przez okno.

Jeden z tych grudniowych dni, gdy światło słoneczne ogląda się głównie przez okno w pracy.

Z rana Eugene, Lokalny Gej, uciął sobie ze mną pogawędkę na okazję taką, że autobus jadący w kierunku Drołdy wymaga teraz przejścia na drugą stronę ulicy, gdyż od tego tygodnia nie robi pętli. Ile zaoszczędzi? 5 minut? Kraj się stacza, zawyrokował Eugene, Lokalny Gej, po czem dał mi sygnał kiedy przechodzimy, gdyż właśnie zbliżał się autobus, który nie robi pętli. Wiadomo znamy się, razem czekamy na przystanku, powstaje więź oparta na trosce o kraj.

W pracy miluchne przygotowywanie świątecznych posiłków i spożywanie:

Udałam się do housingu i zapytałam co tam jeszcze trzeba dołożyć z papierologii w temacie ew. transferu. I proszę bardzo, pani wytrzeszczająca i powtarzająca każde moje zdanie (pracuje ich tam chyba z cztery, wszystkie tak samo wytrzeszczające się i powtarzające) po prostu przyjęła mój formularz, a nawet wydała mi opieczętowaną kopię pierwszej strony bez proszenia. Ktoś się z nami kiedyś skontaktuje. Być może nawet jeszcze w roku dwudziestym drugim.

Fred sprawił mi niespodziankę wracając niedługo po tym, jak sama weszłam do domu. Właśnie nastawiłam płytę the Yardbirds, zaczynałam robić obiad. 

I zaraz dzień się kończy, przedłużam sprawę popijając kolejną herbatę, ale trzeba będzie przed snem zajrzeć jeszcze do podręcznika na jutro. Fred googluje pomysły prezentów dla babci.

czwartek, 24 grudnia 2020

373. Słoneczna wigilia.

Czy ja zapisałam, że wczoraj śniło mi się, że oglądam nowy serial z Chuckiem Norrisem, który mieszkając na wyspie produkował samochody wyścigowe? Dzisiejszy sen był równie odjechany, ale im bardziej przypominam sobie tamtego Chucka, tym bardziej nie wiem o czym to było tym razem. Pamiętałam go jeszcze nad ranem, gdy kot obudził mnie swoim żałosnym miaukiem po piątej rano.

Sałatka jarzynowa i krokiety z pieczarkami i cheddarem są dość pracochłonne, więc zabrałam się za tę sprawę jeszcze przed śniadaniem, po śniadaniu włączając pod smażenie naleśników The Violin Concertos J.S. Bacha (2006) w wykonaniu Camerata Antonio Luco. Fred pojechał w tym czasie kupić świeży chleb i kilka innych niezbędników, a po powrocie zaniósł ostatnią paczkę świąteczną, słodycze dla Thomasa. W handlu wymiennym dostaliśmy za to świeże krewetki z naszej zatoki.

Wigilia była złożona z uszek w barszczu oraz wspomnianych krokietów i sałatki jarzynowej. Akurat, gdy zaczęłam wszystko podgrzewać odezwali się z Polski rodzice i mieliśmy prawie godzinną wideokonferencję — mama pochwaliła się projektorem, który rzuca światełka na ścianę domu. Wideokonferencja została dwa razy przerwana przez mikołaje. Katlin przyniosła aż dwie torby, w nich zestaw kremów Aveeno i kraciasty szal z The Quiet Man Collection dla Freda oraz duży szal w pepitkę i perfumowany zestaw Bella Vida dla mnie. Przy okazji pożaliła się na artretyzm w rękach, najwyraźniej akupunktura pomaga tyle, co nic, przez to nie widujemy jej za często. Pięć minut później do drzwi zapukał Thomas w koszulce z krótkim rękawem (jaki gorąc!) i kilogramem świeżej ryby. Rybka poszła do zamrażalnika, bo naprawdę teraz nie ma jej gdzie upchnąć. W międzyczasie pojawił się na stole dodatkowy prezent dla mnie — podkład Laury Mercier i perfumy Twilly d'Hermès:

Imbir z bergamotką i odrobiną gorzkiej pomarańczy, w nucie serca tuberoza miesza się z kwiatem pomarańczy i jaśminem, wszystko to na bazie z drzewa sandałowego i wanilii. Piękny zapach.

Zamotani w wigilijne szaliki miziając się stopami obejrzeliśmy Statystów (2006) Kwiecińskiego. Miał swoje dobre momenty, a my jesteśmy w nastrojach łaskawych.

Jot przesłała nam zdjęcia chłopców, pidżamki pasują!

środa, 16 grudnia 2020

365. Całą noc ...

wiatr próbował się wedrzeć do środka frontowymi drzwiami, spało się nam więc średnio. Środa była mokra i krótka — już gdy Fred wykoncypował obiad ze stekiem i wyniosłam się do sypialni, bo nie przepadam za zapachem duszonego mięsa, przed trzecią po południu w domu panował prawie zupełny mrok. Obok mnie na łóżku kot zniesmaczony pogodą przesypiał ten niespacerowy dzień. Po obiedzie oboje, jak się okazuje, mamy coś nie po kolei, bo prowadziliśmy dziwne rozmowy, np. na temat tego, co by było jakby święta były już w czwartek (nie ma sprawy, w końcu w lodówce mamy uszka i barszczyk).

 À propos świąt, muszę kupić kapustę taką i sraką.
— A jaka to jest kapusta sraka?,
pytam się Freda. Gdy się już oboje chichramy, to mnie nawet przemarsz kota przez kuchnię rozśmiesza. Pac pac pac pac. Dzień zakończyliśmy seansem Zostawić Las Vegas (1995), dla mnie film obejrzany zbyt późno, bo ani nie wzrusza, ani nie bawi, jakby to pewnie zrobił był wiele lat temu. Muzyka jest w nim świetna, mydli oczy.

środa, 25 grudnia 2019

8. Spokój.

Wczesnym popołudniem odpalamy Żądło (1973) z urokliwą panią Brennan, czysta przyjemność oglądania.

Tak w ogóle to wstaliśmy późno, dzień słoneczny, ale ostry ... najprawdopodobniej, bo nie wytykamy nosa na zewnątrz. Kot marznie wielokrotnie, aż w końcu wieczorem zajmuje optymalną pozycję na kanapie i pochrapuje. Poza filmem poświęcam moment (i tak za długo) na granie w Mini Farm. Teściowie obchodzą na Lubelszczyźnie złote gody bawiąc się nowym oczyszczaczem powietrza, a moi rodzice na Dolnym Śląsku szafirowe i zajadają się tortem śmietanowym. Fred zadzwonił do mamy i dwóch cioć z życzeniami, ja dłuższą chwilę rozmawiałam przez kamerę z moją rodziną. Po zmroku zalegamy na godzinkę w łóżku. Trochę nas męczy to nasze niedomaganie, ja mam ciągle zatkaną lewą zatokę, gdy się położę, mąż brzydko kaszle, a skończył antybiotyk kilka dni temu. Czasami jak coś się przyczepi ...

wtorek, 24 grudnia 2019

7. Zwyczajnie.

Większość dnia grała nam Siekiera. W prezencie bożonarodzeniowym dostałam z pracy letter of employment (no nareszcie, tenk ju weri macz). Upiekłam krokiety, Fred zrobił zakupy (zapobiegliwie mamy w lodówce dwie pizze) i pozawijał śledzie w różowym sosie. Zanim u nas zaszło słońce była wideokonferencja z Dolnym Śląskiem. W międzyczasie zapukała Katlin z prezentami: zestawami kosmetyków (fcuk, Jack Willis, Sanctuary Spa) i słodyczami. Prezenty od męża: biała, jedwabna bluzka Paula Smitha i zamszowe sztyblety Loake (kurtka od Armaniego okazała się za mała, do zwrotu), Fred dopiero swój prezent wybierze, aczkolwiek mam już coś na oku. Posiorbaliśmy barszcz z uszkami, zjedliśmy po krokiecie, w międzyczasie małż zadzwonił z życzeniami do teściów i młodszego brata, Stu. Gdy poszedł na drzemeczkę (było jakoś po osiemnastej), wzięłam się za oglądanie vloga dreamer72fem i za dokument Bunt Janion (2006) Agnieszki Arnold. Wspaniała postać. Potem trochę drzemki w ciemności, bycia razem z kotem, z wtuleniem we Freda, nasłuchiwaniem jego serca. Kaś Matka Kotom zadzwoniła, wyrwała mnie z półsnu, zaprasza do Lublina. Skorzystamy w nowym roku. Jest przed dwudziestą drugą. Może jeszcze pstrąg pieczony-zupełnie-zwyczajnie.
___
edit 23:29 Pod pstrąga album Wish You Were Here Pink Floyd (1975).
___
edit 00:02 Album The Dark Side Of The Moon Pink Floyd (1973).