Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzyłapek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trzyłapek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 maja 2023

1232. Wpadłam.

Wyszłam w południe na morski obchód (ciepło, wiatrówka na T-shirt wystarcza), wracając spotkałam przy plaży zwiniętego w precelek i czekającego na swoje stado Cookeya. Myślałam o nim niedawno, zastanawiałam się, co tam u niego, bo kopę miesięcy się nie widzieliśmy. Starenia, z jakąś naroślą na środku czoła. Nie zawracałam mu głowy, widać było, że chce się zdrzemnąć na świeżym powietrzu.  

Kochany wybrał się do Trewiru, ale przez telefon za dużo nie zobaczyłam (czekam na foty robione aparatem). 

Odpaliłam trochę roboty w trzech znajomych tematach, a kiedy w porze obiadowej wyszłam na chwilę na dwór, żeby zrelaksować się pięknymi okolicznościami przyrody, Katlin mnie dopadła i sprzedała njusa: Anna jest już drugi tydzień w szpitalu, bo przewróciła się na spacerze. Nie wiem jakim cudem ominęło mnie to wydarzenie towarzyskie, wydawało mi się, że niedawno z nią rozmawiałam. I jeszcze, dom naprzeciwko, ten w którym mieszkała Rachel, będzie na sprzedaż. 

Poza tym Marksistkę drukują w GW. Poza tym spokojnie. A potem wpadam w statystykę i w czarną rozpacz. Oh, well.

czwartek, 18 sierpnia 2022

975. Nasłuchując nowin.

Młode szpaki kropkowacieją na potęgę, za kilka tygodni nie odróżnię ich od starej gwardii. Wyszłam przywitać się z morzem i przy plaży spotkałam Cookeya. Super, bo sądziłam, że już go nie ma. Starenia, głównie tęsknie spogląda na morze, ale żyje.

Fred cały dzień na wyjeździe, był w miasteczku ("nasz" dom na Politajewa jest ładnie odnawiany, nabył go ktoś mądry, cieszę się), zajechał do Jeleniej, kupił płytę Waglewskich Duchy ludzi i zwierząt, zjadł obiad w Pierogarni na 1 Maja. Dobrze, że miejsce przetrwało, inne biznesy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Kochany też widzi, że z babcią Manią coraz słabiej (chwilę rozmawiałam z nią rano), niekoniecznie fizycznie, ale emocjonalne nieogarnięcie postępuje. 

Rodzice mieli po południu czwarte szczepienie, na razie czują się okej. Małżonek już do nich dojechał, zresztą z kolejnymi nowinami (po południu udzielił wywiadu i może jutro będzie w regionalnej tv).

W międzyczasie obejrzałam dwa Midsomery, The-Made-To-Measure Murders (serce rośnie, gdy się słyszy, jak ktoś przykłada wagę do dobrego materiału na marynarkę; James Wilby jak zwykle ziemianinem) i Blood on the Saddle (nie za mądre, akurat do prasowania się nadaje). Przeskanowałam też nostalgicznie ostatni odcinek DiU'80 (widać w sierpniu romantyzm mi się nasila). Jeszcze nie mam ochoty na sen.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

398. Blue Monday but still nice things happen.

Sieweczki przemieszczają się na piechotę jak pasażerowie spóźnieni na swój pociąg szaleńczo poszukujący właściwego wagonu, trudno je sfotografować.

Po spacerze Fred zrobił nam pyszny obiadek z tescowych girasoli ze szpinakiem, polał to beszamelem, podrzucając jako bonus szparagi i zbłąkane resztki zielonej fasolki szparagowej. Potem pojechaliśmy do Tesco wymienić mój stary Samsung J5 na nowy S A71. Pogoda bardzo zafajdana, wyspiarska, z wielką chmurą, która zaskoczyła nas zaraz za górką na drodze do Termon. Zapomniałam poprosić o przeniesienie starego numeru na nową kartę, zrobię to jutro. Tymczasem An Post wysłała mi maila na temat paczki na którą czekam z utęsknieniem — jest w drodze. A po Santanie ...
Co myszko? Puścić ci Ralpha Kamińskiego?
— Tak ...
— Dobrze.

Poniżej Cookey, sieweczki, mewy zagapione.


piątek, 27 listopada 2020

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

wtorek, 22 września 2020

280. Jesiennie mi.


Najpierw budziłam Freda. Budziłam i budziłam :). Następnie na plaży znalazłam dziwną muszlę, nieczęsto się takie tu spotyka. Na plaży był też Cookey, trzyłapek, który przychodzi popatrzeć jak biegają inne psy. Po wyjeździe Freda do pracy obejrzałam bardzo słaby film z Kerri Russell, Kraina Jane Austen (2013), taką amerykańską papkę wykorzystującą modę w temacie. Potem doczytałam, że nasze hrabstwo jest o krok od obsuwy z fazy 2 w 3, bo w ciągu tygodnia przybyło nam za dużo osób z pozytywnym testem na covid-19. Na cały ten dzień spadł wieczorem porządny deszcz, słucham więc radia Nowy Świat oglądając stare zdjęcia. Właśnie śpiewa Roberta Flack, First Time Ever I Saw Your Face (w Polsce jest po północy).

poniedziałek, 1 czerwca 2020

167. Dzień dziecka w nas.

Źle spałam. Nad ranem obudziła mnie wiadomość od mamy. Szare baloniki, bo jeszcze jest smutno. Naokoło śniadania zadzwonił tatko z życzeniami, rozmawialiśmy też oboje, ja i Fred, z babcią. Bardzo nas kocho i czeko.

Lato się rozszalało, pierwszy raz szłam po plaży rozhełstana do krótkiego rękawka, dla mnie, zmarzlucha, to jest coś. Multum ludzi, cztery parawany i jeden dmuchany łabędź. Łabędzia taszczyły dwa karki, które posługiwały się od czasu do czasu słowem "kurwa". Przynajmniej jeden parawan to też "nasi" (chyba rzucono parawany w Lidlu, wszystkie były takie same). Schodząc z plaży napotkaliśmy Trzyłapka, który jak ostatnio, położył się na piasku niedaleko drogi i obserwował ludzi i zwierzęta. Przychodzi popatrzeć. Mógłby być nasz, pasuje :)


Wróciliśmy "górą", obok pubu, i prawie natychmiast, zmęczeni słońcem, zaczęliśmy przygotowywać obiad. Zaraz po nim zrobiłam dla nas napoje, Fredowi jego kawkę, dla siebie wiśniową herbatkę z cynamonem, i wyszliśmy na żółtą ławkę, na której lubimy się wygrzewać, gdy jest ciepło i bezwietrznie. Przy okazji była mała telekonferencja z Polską, bo mama była już w domu. U nich gorąc, czyli też dobrze. Czekają na nowego dostawcę gazu, będą coś przełączać ... jak ten czas leci! Gadu gadu, pokazałam mamie nasze rabatki, pojawił się więc i kot rabatkowy, który wrócił ze mną do żółtej ławki:


Nasiadówka na żółtej ławce podziałała tak nastrojowo, że Freda ścięło z nóg na godzinę. Po leżakowaniu mąż zdecydował się jednak na kontynuowanie prac ogrodowych i tak się rozochocił wymachując pożyczonym od Moiry szpadlem, że prawie wyzionęłam ducha oczyszczając darń z nadmiernej ilości piasku. Dzisiaj było kopanie nor pod lawendami zasadzonymi na granicy z działką Anny. Pomocnik:


Skończyliśmy o ... dziesiątej. Jeszcze tylko pogadanka z Anną, sprzątanie narzędzi, prysznic i usuwanie piasku z różnych zakamarków. Będzie coś do picia i pizza. Skonani jesteśmy oboje.

sobota, 25 kwietnia 2020

130. Even lovelier weather.

Wpis poranny: Od kilku dni nie przychodzi do nas mały mieszaniec jacka russella, który normalnie, jeśli kursował, to w ciągu dnia widzieliśmy go kilkakrotnie. Dostawał od nas raz na jakiś czas porcyjkę pedigree pal. Nie wpadał codziennie, ale byliśmy jego znajomymi ludźmi. Martwię się, chociaż nawet nie wiem czyj to pies. Może jest chory, albo nie żyje.

Po śniadaniu: poszliśmy na półtoragodzinny spacer, nie był długi, po prostu się nam nie spieszyło. Nad morzem odpaliłam messengera i pokazałam tacie wybrzeże. Całkiem sporo ludzi o tej porze biega lub wyprowadza psy. Wyszliśmy akurat na zbliżającą się pełnię przypływu, dobrze, że założyłam nieprzemakalne buty. Widzieliśmy w oddali na pastwisku krowy w galopie, a przy wejściu na plażę spotkaliśmy starego znajomego, Trzyłapka, który wyszedł podelektować się okolicznościami przyrody. Fajny piesul, taki trochę w manierach do nas podobny.




Wpis popołudniowy: Fred zrobił obiadek, gdy ja serfowałam sobie po świecie. Po uczcie, gdy poirytowana przygotowując przemowę zerkałam przez okno (Fred trajlując z Katlin nie przestrzegał 2m odległości), zobaczyłam psią "zgubę". Od razu wyszłam z saszetką i pogłaskałam włóczęgę po brudnym łebku. A Fred dopytywał się, gdzie można kupić lawendę (ma gorączkę lawendową) i w poniedziałek podjedziemy w jedno miejsce, gdyż Katlin wie wszystko. Niech sobie Anglicy ze sklepu online swoje znikające krzaczki lawendy wsadzą w rzyć! Po takich rozważaniach poszliśmy na spacer i tu okazało się, że idziemy na spacer z kotem Ryszardem, który najpierw przysiadł z nami na ławce, a potem becząc jak niezadowolona owieczka zaproponował przechadzkę po osiedlu. Poszliśmy naokoło sklepu, potem trochę w głąb naszej ulicy, i naokoło wróciliśmy do punktu wyjścia. Po powrocie wyrwaliśmy kilka chwastów z trawnika i zagadałam Annę, która wyszła z ogródka umazana farbą. Okazało się, że dzisiaj pomalowała swoją całą szopkę. Pani około osiemdziesiątki.

Jeszcze ciepło, kocilla po kolacji leży na parapecie, prawie letni dzień powoli zniża światła. Popołudniowo gra nam wszystko The Sugarcubes ... Life's Too Good (1988), Here Today, Tomorrow Next Week! (1989) i Stick Around for Joy (1992).
___
edit 22:39 Hannah i jej siostry (1986) Woody'ego Allena to jeden z jego lepszych filmów. Do dobrego scenariusza dodaję wspaniałą muzykę (Bach), kostiumy i fakt, że Allen nie gra tu głównej roli ;) Film, który chcę mieć na dvd.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Postscriptum #124.

Spacer, który zaczął się i skończył kotem w rabatce.



Po drodze spotkaliśmy jakąś dziwną fatamorganę ...






... i starego znajomego, psa na trzech łapkach.