Wyszłam w południe na morski obchód (ciepło, wiatrówka na T-shirt wystarcza), wracając spotkałam przy plaży zwiniętego w precelek i czekającego na swoje stado Cookeya. Myślałam o nim niedawno, zastanawiałam się, co tam u niego, bo kopę miesięcy się nie widzieliśmy. Starenia, z jakąś naroślą na środku czoła. Nie zawracałam mu głowy, widać było, że chce się zdrzemnąć na świeżym powietrzu.
Kochany wybrał się do Trewiru, ale przez telefon za dużo nie zobaczyłam (czekam na foty robione aparatem).
Odpaliłam trochę roboty w trzech znajomych tematach, a kiedy w porze obiadowej wyszłam na chwilę na dwór, żeby zrelaksować się pięknymi okolicznościami przyrody, Katlin mnie dopadła i sprzedała njusa: Anna jest już drugi tydzień w szpitalu, bo przewróciła się na spacerze. Nie wiem jakim cudem ominęło mnie to wydarzenie towarzyskie, wydawało mi się, że niedawno z nią rozmawiałam. I jeszcze, dom naprzeciwko, ten w którym mieszkała Rachel, będzie na sprzedaż.
Poza tym Marksistkę drukują w GW. Poza tym spokojnie. A potem wpadam w statystykę i w czarną rozpacz. Oh, well.



















