Znowu spałam raczej słabo, tym razem z napięcia, okno było uchylone i do środka wpadał przyjemny, nocny chłód. Wstałam o szóstej, więc mogłam pożegnać się z mamą, która wybywała do pracy, zjadłam pomidorówkę jeszcze zanim Kochany wygrzebał się z wyrka. Mycie włosów, jajecznica na śniadanie, picie kawy ze szklanki z różą (to babci Mani), pakowanie się pobieżne (w końcu nie wyjeżdżamy na księżyc, jakieś rzeczy do wzięcia na później zostają).
Wyjechaliśmy przed zaplanowanym czasem, ale dzień jakoś się rozlazł. Już o 10 śmigaliśmy S8, a przed dwunastą podjechaliśmy pod dom cioci Ce. Jak można było się spodziewać, ciocia przygotowała wszystko na tip top; ciasto najlepsze z możliwych, obiad dwudaniowy (mieliśmy wpaść tylko na herbatę). Zasiedzieliśmy się do po trzeciej, wujek zabawiał nas rozmową o Polsce suwerena (głośno się zastanawiał, czy nie warto byłoby zwiać do Czech i dziwił się swoim dzieciom, że same gdzieś nie zwiały), ciocia była mocno zniknięta w swojej skrytce kuchennej. Dopiero, gdy wychodziliśmy, pojawił się temat wiadomy. Trudno o tym rozmawiać, chyba jeszcze się nie da. Zapakowałam dwa kawałki jabłecznika, które zjedliśmy przy kawce na mopie w Wiśniowej Górze.
Do NA dojechaliśmy o zmierzchu. Gdy sapiąc wdrapaliśmy się po schodach, żeby odebrać klucz od sąsiadki z góry, słońce właśnie zaszło na dobre. Kochany wziął mnie jeszcze na spacer po nocnym mieście; zrobiliśmy trasę do Okrąglaka i z powrotem; gdy wracaliśmy nad blokiem świecił Wielki Wóz. Świekra przez telefon podała nam hasło do wifi. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy tu razem zupełnie sami.
Moja mama też teraz słabo śpi i twierdzi, że to przez księżyc.
OdpowiedzUsuń@Dariusz,każdy ma swoje pomysły :)
Usuń