Praca w czwartek wyjątowo relaksowa, Luiza pojawiła się w realu z nogą niekulejącą, w drugiej części miałam czas dokończyć czytanie Mojego roku relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh (Pauza, 2019). To była szybka, kuriozalna lektura o depresji i lekomanii w Nowym Jorku.
Fred podjechał pod siłownię z Marksistką i we troje udaliśmy się na obiad do Carlingford, w zasadzie rzutem na taśmę (byliśmy tam o czwartej) najedliśmy się do syta pieczonych kartofli, aby potem pójść na spacer po miasteczku, a następnie spełnić marzenie naszej gościni o zobaczeniu Irlandii Północnej. W przeciwieństwie do pogody u nas, już w czasie górskiej drogi do Carlingford zaczęła towarzyszyć nam mgła, która rozsiadła się od Slieve Foy na północ.

Północna ograniczyła się do Newry. Fred zaparkował samochód przy kanale na Merchants Quay. Po spacerze (mniej więcej do maciupkiego parku Michela i z powrotem) nie oparliśmy się wejściu do TK Maxxa. Fred kupił sobie jaskrawe szelki i sprezentował mi granatową koszulę Hilfiger Denim, taliowaną, ze wszech miar zajebistą. Wyszliśmy ze sklepu o zmroku wizualizując sobie różne rzeczy: Marksistka ceramikę dla chomika, Fred parę butów Dolce&Gabbana dla mnie, ja zaś w swojej wyobraźni szłam przez miasto w sztucznym futrze w kolorze zielonkawym w brązowe grochy (Jakke). Marksistka wróciła się po ceramikę.
 |
| śmierdzący camembert |
Wieczorem w domu zapowiedź tego, co kontynuowałam dzisiaj — nareszcie miałam dostęp do platformy uczelnianej i zostałam przytłoczona nazwiskami potencjalnych promotorów mojej przyszłej pracy dyplomowej.
Na piątkowe dzień dobry, do kawy i torta truskawkowego zaliczyłam cztery godziny online kursu pierwszej pomocy prowadzonej przez Rose z irlandzkiego Czerwonego Krzyża, co znudziło mnie solennie.
Marksistka jest taką osoba, która w trakcie zwykłej rozmowy potrafi wypowiedzieć zdanie: Każdy pieróg będzie zachowywał swoją integralność. Po obiedzie (złożonym z pierogów z gęsiną) wyruszyliśmy z nią w podróż po okolicy. Wychodząc z domu myśleliśmy o innym miejscu, ale wyszło Trim:
Miejsce już z Fredem znamy. Tym razem spodobał mi się młody goth, który przybył pod wieżę wyposażony w grubą książkę, czarny kotek na szlaku i osły karmione przez dzieci.
Ponieważ Marksistka chciała też odwiedzić the Hill of Tara, więc ... halsując po prowincji przez przypadek natknęliśmy się na to:
Bective Abbey, niespodziewane miejsce, w którym kręciła się zadziwiająco spora liczba młodych ludzi. Potem już the Hill of Tara:
Gawrony kołują nad swoimi włościami przed zmierzchem, piesek o imieniu Polly łapie mnie ząbkami za palce (z ekscytacji, to dobry piesek), jakaś pani omadla i obębnia kilka leżących na ziemi osób.
Życie jest dobre, gdy się można najeść i jest ciepło, tyle przy lazanii mojej filozofii życiowej (już w domu).
Wieczorem mieliśmy z Marksistką oglądać Tajemnicę Filomeny (2013), ale po kilku minutach wstępu koleżanka poszła nam nad morze, a do mnie zatekstowała Anne, czy mogę wpaść na pogaduchy. Było to wydarzenie niezwykłe.
Wpadłam (Junona pierwszy raz przyszła się do mnie pogłaskać), zostałam do "po jedenastej", po powrocie zrobił się nam z domu pokój w akademiku i mogłam potrzymać chomika.