W nocy prawie nie spałam, obudził mnie kładący się późno spać Fred, od drugiej kręciłam się więc na boki, aż wstałam i do szóstej posiedziałam w kuchni przed laptopem. Marnie nadgoniłam to nad ranem, aby aby.
Listonosz przyniósł zamówioną maseczkę i rządowy rozkład jazdy w temacie pandemii. Poszliśmy z Miłym na spacer nad morze, szare i spokojne, potem obiad, a po obiedzie deszcz. Irlandzka słota zupełnie zapanowała nad Drołdą do której wybraliśmy się po chleb i do Bootsa. Test maseczki wypadł bardzo dobrze, maski medyczne są cieńsze, ale to kwestia przyzwyczajenia. W drodze rozbolało mnie oko, poza tym nic mi się nie chce. Po prysznicu siedzę więc zamknięta w sypialni, bo w kuchni Fred komponuje gulash, a zapach smażonej cebuli mnie podrażnia, taki ze mnie francuski piesek.
___
edit 22:35 Doprawdy, The Red Headed League z 1985 roku to wspaniale obsadzona wersja Szerloka.
środa, 7 października 2020
295. Do szarości.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ja po takiej zarwanej nocy byłbym do niczego przez cały dzień.
OdpowiedzUsuńU mnie jako tako obleciało, pojechałam z Miłym na zakupy właśnie dlatego, żeby nie uderzyć po południu w kimono.
Usuń