Strony

poniedziałek, 17 maja 2021

517. Kapelusz i przygody Ryszarda.

Wełniany, Bettina, kolor khaki. Albowiem otwarto dzisiaj TK Maxxy!

Z rana zadzwonił Ka z informacją, że jego Jot ma urodziny. Po śniadaniu ruszyliśmy po prezent radośni, że dzisiaj jest pierwszy dzień otwarcia naszego ulubionego sklepu. Trochę czekaliśmy w ogonku, ale prezent się znalazł (szykowna, skórzana torba na ramię). Dla mnie, oprócz wspomnianego kapelusza (mój pierwszy fedora, matko, trzeba wieszaki na kapelusze uczynić), do koszyka wpadł jeszcze Polo Lauren, sweterek z cieniutkiej wełny w podobnym do fedory kolorze i czarny podkoszulek American Vintage, cudowna, niewidzialna rzecz pod-koszulę. Fred znalazł sobie super-chruper portki codzienne Hilfigera, z kantem oczywiście, oraz bonusowo z mankietami. W Tesco dokupiliśmy dla Jot ciemnoróżową orchideę, a dla nas film na dvd (bo i w Tesco otworzono działy non-essential) z już obejrzanym nie tak dawno temu Pewnego razu w Hollywood. Pomiędzy tymi dwoma sklepami poleźliśmy jeszcze do Costy po kawę (skoro jest nowy kapelusz na głowie), którą dostałam za darmo, bo ja to przecież Ja, a obsługiwała mnie Shauna (Eric, dobry chłopak, zrobił dla nas flat white).

Wróciliśmy w porze obiadowej, akurat na czas, żebym mogła online wypełnić deklarację kowidową przed powrotem do pracy na miejscu. Po obiedzie (i Fredowym szybkim wkopaniu drugiego krzaczka, któremu towarzyszyła krótka pogadanka z Katlin) wyruszyliśmy do przyjaciół z prezentami i dwiema flaszkami musującego napoju (w deszczu, który postanowił się wypadać na całego). Wieczór był bardzo miło przez nas spędzony, gadany, nad dwiema ogromnymi pizzami. I wszystko pięknie gdyby nie niespodziewany telefon od Paula, brata Caroline. Czy mamy kota? Mamy. Czy ma rudy łeb? Ma. Serce mi stanęło, bo od razu pomyślałam o wypadku. Nie. Kot Ryszard zawędrował na ulicę, która prowadzi do morza (zwyczajowa nasza trasa do plaży), wlazł do ogródka byłej znajomej Freda i zapytał, czy mogliby go podwieźć do domu. Ludzie języka kociego nie kumaci po raz trzeci w ostatnich miesiącach (jeśli mnie pamięć nie robi w konia) umieścili zdjęcie naszego grubego kota-żebraka na lokalnej grupie Spotted na facebooku z zapytaniem, czy kto nie szuka tego biednego, głodnego czworonoga. Nieoceniona Anne trzymająca zawsze rękę na pulsie zapewniła, że kotek ani biedny, ani głodny i ma wracać na Odonel, dzięki czemu Paul zadzwonił do męża, po czym przywiózł go pod nasz dom. Skróciliśmy pobyt u przyjaciół, żeby co tchu pędzić na wieś i spotkać Bamburyłę, jak obierał już kolejny kierunek marszu. Dał się namówić na powrót, nażarł się i teraz śpi. Z dziećmi byłoby chyba łatwiej.

Na jutro nastawiam zegarek. Czuję się tak, jakbym po raz drugi miała zaliczać pierwszy dzień w tej samej pracy.

2 komentarze:

  1. Rysio powinien chyba nosić obrożę z adresem, skoro taki powsinoga :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.