Irlandzka pogoda od rana, drobny, zimny deszczyk kapie na pola i łąki. W pracy takie tam detale standardowe, do tego zupa z Moorlanda w przerwie. Z fajnych rzeczy: odżyła nadzieja na dofinansowanie kursu, Bridżet mnie do siebie wezwała, bo napisał do niej szef szefów, żeby raz jeszcze sprawdziła, czy kursu nie da się podczepić pod level nie-8. Nie pomogę jej, musi sprawdzić sama, ma telefon, niech sprawdza, pobajerzyłam chwilę o Polsce, i to był cały mój wkład w sytuację. Kochany przyjechał po mnie i zaczekał pod kościołem, tym co zwykle, który mi się przez to czule kojarzy. Nakarmiona obiadem przeszłam w fazę trawienia i zapragnęłam kawy, a pod kawę wczesnym wieczorem wszedł Frantic (1988), film Polańskiego z Fordem. Muszę przyznać, że doceniłam, gdy przestałam go brać na poważnie, Harrison mógł mówić między scenami Roman, w czymś takim jeszcze nie grałem. No i ten tytuł :D. Późno już, Kochany włączył The Essential Simona & Garfunkela (2003), siedzę pod kapturem szlafroka, panowie w głośnikach brzdąkają nostalgicznie, zamykam genealogię na dzisiaj, bo niczego ciekawego już nie znajdę. Jutro ma być ... jak to się mówi ... suszej?
Frantic... W kinie na tym byłem.
OdpowiedzUsuńNo cóż, masz swoje lata ;D Specyficzny film, że tak to ujmę.
Usuń