Najpierw obudził mnie Fred (wrócił z Derry o piątej rano), potem wrona (dziobała ścianę; gdy wyjrzałam przez okno, odniosłam wrażenie, że lunatykuję — słońce stało już wysoko, ale mogłam na nie patrzeć i przez moment zastanawiałam się czy to sen), następnie wróbelek (gnojek szurał w trawie pod oknem). Przy wróbelku już obudziłam się na dobre, wyroiły się nieloty i teraz będę się martwiła. Wróbelek był niegłupi, zanim naciągnęłam majtki, spodnie i wkładając kurtkę wygrzebałam się do ogródka, już go nie było. Zapamiętaj sobie gnojku, żeby tak zwiewać przed Rysiem, tylko trzy razy szybciej, bo on chodzi bez majtek.
No i tak, Kochany wstał po południu, więc od razu był obiad. Po obiedzie zachciało mi się kawy kawiarnianej (w drodze do miasta zatrzymaliśmy się w Termon), potem Fred kupił zapas ziaren dla ptaków, jak to już mu wcześniej po głowie chodziło. Słuchamy sporo staroci, jakieś Trojanowskie, jakieś odgrzewane Hey. Dokończyłam czytać Radkiewicza i w genealogii intensywnie poszukiwałam duchów o nazwisku Giersch/Girsz. W międzyczasie dzień się kończy, mąż włączył Glósóli Sigur Rós.
Właściwie płyta nazywa się "Takk...", czyli "Dziękuję". Zauważyłaś, że ziarno kupiliśmy w odpowiedniej chwili? Wziąłem ostatni worek 20kg. Pozostałe były 12.5kg oraz mniejsze ;-)
OdpowiedzUsuńMój mistrz planowania menu gadziny fruwającej 😁
Usuń