Strony

piątek, 1 kwietnia 2022

Postscriptum #836.

Na śniadanie jemy m.in. puławianki, potem żegnamy się z dwojgiem Usz, którzy maszerują na pociąg. Śnieg pada i pada, prawdziwe prima aprilis. W śniegu tym wyjechaliśmy z teściową załatwić sprawy finansowe, żeby po odfajkowaniu nudnych obowiązków skręcić do Kazimierza. I tak sobie z mężem rozmawiamy o wczorajszym nędznym kazaniu, w którym teść, dzięki któremu mieszkańcy mieli w domach ciepełko, został sprowadzony do działacza w jakimś tam kółku różańcowym. Ech no, taki klub. Z Kazikiem nie widzieliśmy się od naszej podróży poślubnej, on też przysypany śniegiem, więc zamiast go obspacerować weszliśmy do Herbaciarni U Dziwisza, a tam na stoliku były np. dzienniki Błoka:


I herbaty oczywiście (moja biała malinowa goji, Freda pikantna malina) plus czekolada (czarna, teściowej):


Oraz koty:


A ze ściany patrzyła na nas pani podobna do znajomej księgowej, z domu Cebula, po mężu Oszust:


Teściowa jak dziewczynka, ma papajkę w ciemnej czekoladzie, w tle opera barokowa, siedzimy, rozmawiamy o neutralnych sprawach, trochę też o przeszłości, co mamie Freda chyba sprawia przyjemność. Wspomniałam koty?


Wisła bieleje śniegiem.

Po powrocie do domu zaczęliśmy przeglądać i segregować ubrania teścia (część zabierzemy do chłopaków, inne pójdą do lokalnej zbiórki używanej odzieży). My z rękami w ubraniach, teściowa w kuchni z Radiem Maryja przygotowywała obiad. Rozpoznaję jasny garnitur, który teść miał na sobie w czasie naszego ślubu (kieszenie są nadal zaszyte), oglądamy prochowiec porucznika Colombo i niezliczone poliestrowe krawaty, oraz błam, gigantyczny płaszcz po jakimś wujku teścia, uszyty pewnie zaraz po wojnie. Zatrzymuję sobie na pamiątkę fioletowy, kaszmirkowy krawat, który tata dostał od Freda. Wszędzie po kieszeniach znajdujemy jednorazowe chusteczki (jak u mojego Kochanego, genetyczne uwarunkowanie zapewne). No i tak, zmorzyło mnie, położyłam się na chwilę na tapczanie i przeleżałam czas, gdy teściowa wybyła na wieczorną mszę, mąż w tym czasie posegregował wszystko do końca. Zadzwoniliśmy do Katlin (kot ma się dobrze). Dzień minął szybko, na zewnątrz napadało grudniowego śniegu, grzywacze wyglądają na drzewach jak wielkie, zmokłe kury. Na późną kolację objadamy resztki śniadankowe, jakby się kto zastanawiał nad puławiankami, to:

2 komentarze:

  1. Słynna Herbaciarnia U Dziwisza... Już po raz n-ty o niej czytam na odwiedzanych blogach. Wnętrze wygląda fajnie, szkoda tylko, że nazwa tak nieciekawie się kojarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fred mi ją zachwalał i odstawił nas pod nią samochodem. Pełen luksus.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.