I herbaty oczywiście (moja biała malinowa goji, Freda pikantna malina) plus czekolada (czarna, teściowej):
Oraz koty:
A ze ściany patrzyła na nas pani podobna do znajomej księgowej, z domu Cebula, po mężu Oszust:
Teściowa jak dziewczynka, ma papajkę w ciemnej czekoladzie, w tle opera barokowa, siedzimy, rozmawiamy o neutralnych sprawach, trochę też o przeszłości, co mamie Freda chyba sprawia przyjemność. Wspomniałam koty?
Wisła bieleje śniegiem.
Po powrocie do domu zaczęliśmy przeglądać i segregować ubrania teścia (część zabierzemy do chłopaków, inne pójdą do lokalnej zbiórki używanej odzieży). My z rękami w ubraniach, teściowa w kuchni z Radiem Maryja przygotowywała obiad. Rozpoznaję jasny garnitur, który teść miał na sobie w czasie naszego ślubu (kieszenie są nadal zaszyte), oglądamy prochowiec porucznika Colombo i niezliczone poliestrowe krawaty, oraz błam, gigantyczny płaszcz po jakimś wujku teścia, uszyty pewnie zaraz po wojnie. Zatrzymuję sobie na pamiątkę fioletowy, kaszmirkowy krawat, który tata dostał od Freda. Wszędzie po kieszeniach znajdujemy jednorazowe chusteczki (jak u mojego Kochanego, genetyczne uwarunkowanie zapewne). No i tak, zmorzyło mnie, położyłam się na chwilę na tapczanie i przeleżałam czas, gdy teściowa wybyła na wieczorną mszę, mąż w tym czasie posegregował wszystko do końca. Zadzwoniliśmy do Katlin (kot ma się dobrze). Dzień minął szybko, na zewnątrz napadało grudniowego śniegu, grzywacze wyglądają na drzewach jak wielkie, zmokłe kury. Na późną kolację objadamy resztki śniadankowe, jakby się kto zastanawiał nad puławiankami, to:






Słynna Herbaciarnia U Dziwisza... Już po raz n-ty o niej czytam na odwiedzanych blogach. Wnętrze wygląda fajnie, szkoda tylko, że nazwa tak nieciekawie się kojarzy.
OdpowiedzUsuńFred mi ją zachwalał i odstawił nas pod nią samochodem. Pełen luksus.
Usuń