27-28℃ w naszej wsi. Nawet w lipcu zeszłego roku, gdy moczyliśmy sobie stopy w ciepłym jak zupa morzu, nie pamiętam takich prognoz. W związku z tym pierwszy raz w tym kraju wyszłam do roboty w bawełnianej sukience. Słusznie, w południe powietrze utknęło między ulicami miasta, i ani wte ani wewte. W ramach lokalnego dziwactwa od czasu do czasu czułam jak znikąd spada na mnie kropla deszczu. Poszłam na lody do Il Forno, następnie dowlokłam się do polskiego sklepu po cztery ogórki małosolne do obiadu, potem dymiąc jak Spike przemykałam w cieniu budynków w kierunku dworca autobusowego. Lepka podróż, jeszcze chwila rozmowy z sąsiadkami, że prze*ebane, wyrzucenie do ogrodu starych kocich chrupek i wstawienie poidełka dla ptaków, i zamykam się na cztery spusty. Ochłodzenie przyszło wieczorem, bo na szczęście u nas częściej wieje niż nie wieje. Fred wrócił z pracy skonany temperaturą, zjadł obiad, odebrał jeden telefon z Polski i zapadł w śpiączkę. Jutro będzie lepiej.
A chyba pisałaś coś niedawno, że chciałabyś się wygrzać :D
OdpowiedzUsuńWolałabym przy tym nie tracić przyjemności :)
UsuńCiepła woda w morzu to dramat. Od razu zaczyna mnie boleć brzuch. Naprawdę.
OdpowiedzUsuńJa tam lubię ciepłą, i zanurzam tylko stópki :)
UsuńBoziu, mieć przed sobą morze i nie wejśc do niego, to jakaś... jakiś... jakieś... No, normalnie brak mi odpowiedniego słowa!
Usuń