Miałam nic nie pisać, bo niby o czym. Szaro-buro, lało, kot też miał swoją negatywną opinię o tym poniedziałku, nie byłam nawet do końca pewna, czy pracuję czy nie (okazało się, że pracuję). Czyli miałam nie pisać, ale w kuchni przechodziłam obok gara z brokułami i kalafiorem. Na jednej z dryfujących różyczek dostrzegłam znajome rogi, wyciągnęłam je z zieleni i w ten sposób uratowałam życie skorkowi, który swoim zwyczajem w niebezpieczeństwie znieruchomiał powiewając ratunkową flagą szczecinek odwłokowych. Wprawdzie skorek pospolity jest naturalnym wrogiem rybika cukrowego, no ale to już sprawy między nimi. Chwalę się uczynkiem, jeśli nie bardzo dobrym, to dobrym wystarczająco.
Obiad zjadłam w Cedar Gate; wróciliśmy z Kochanym do domu o zmierzchu; zapijam się herbatą i walczę z sennością całą dzielnością na jaką mnie dziś stać.
Aaa... skorek, czyli - jak się wyjaśniło po sprawdzeniu w GOOGLE - pospolita szczypawka :D Jak trafią do domu z warzywami czy owocami też tego nie uśmiercam, tylko wyrzucam na trawnik.
OdpowiedzUsuńGdzieś tam w świecie, robaki, to przysmaki:)
Usuń@Dariuszu, dziwna jest nazwa "szczypawka", bo skorek raczej ludzi nie szczypie.
Usuń@irsila, w tym momencie nie myślałam o skorku w kontekście kulinariów, żal mi się go zrobiło, gdy pływał na brokule-tratwie.