Szkoda, że byłam wczoraj zmęczona i niezdolna do docenienia wieczornego koncertu. Fred nagrał parę dźwięków, które mój mózg zapamiętał inaczej. Piątek był na pół gwizdka, zaczęłam go od herbaty i ciastka z morelą (śniadania w domu i uzupełniania wpisu czwartkowego nie liczę, mózg pracował wtedy na autopilocie) do Mozarta (w kawiarni mają zapętloną muzykę, która świetnie mnie nastraja; koncert klarnetowy a-dur). Zimno, całe szczęście, że mam nową czapulę kaszmirową, która przylega mi ciasno do łepetyny i nad temperaturą komórek mózgowych trzyma pieczę, bo inaczej byłby kryzys głowowy większy niż jest.
W pracy niezaplanowane cztery godziny więcej, ale nic to nie szkodzi (zapłacą mi, muahaha). Z rana Saren i Sziwan złożyły mi kondolencje w irlandzkim stylu; po południu poszłam z Gronją do drugiego miejsca pracy (jeszcze pachnącego farbą), potem usiłowałam zalogować się nowym mailem na laptopie (in vain, btw laptop nieomal identyczny jak mój prywatny Dell). Fred też w drodze, ładnie zgraliśmy wspólny powrót. Małżonek szczęśliwy, gdyż młynek do kawy (żarnowy Krups) został zakupiony i teraz będą dwa młynki, czyli perspektywa katastrofy spowodowanej nagłą awarią młynka została oddalona.
Rodzice zmęczeni tym tygodniem, wcale się im nie dziwię. W drzewie genealogicznym dopisałam datę śmierci babci. Słuchamy muzyki z płyt, które przywiozłam.
Też już muszę poszukać czapki w szafie. Przez cały dzień miałem na dworze poniżej zera. Teraz jest -3.
OdpowiedzUsuńCzapek mam sporo, nowa bardzo dobrze spełnia swoje zadanie, poza tym jest śliczna :)
Usuń