Miły piątek.
Kochany zagarnął mnie z miasta i przywiózł do domu. Na szybkiego zjedliśmy swoje zupy słoikowe (Fred flaki, ja leczo z ciecierzycą) i odpicowani w dziwne rzeczy (nowy kapelutek był przeze mnie pierwszy raz obnoszony) wybyliśmy do Newry, po wypatrzoną przez Freda torbę, i żeby się zderzyć z Aś/Juliją, gdyż bilety kupione, mój urlop zaklepany, w związku z czym powstaje problem dziecka kociego samemu w domu. Julija chętnie się kotem zajmie, jeśli nie wpadnie jej nowa praca na miejscu. Czyli dobrze, ale na szpilkach będziemy czekali wieści, bo plan B się kotu nie spodoba.
Ach, prezenty były. Fred kupił mi torbę British Belt Company, zieloną, mniejszą wersję własnej, nabytej jakiś czas temu. Torba idealnie nadaje się do transportu mniejszych laptopów. I jeszcze dżinsy Lee typu flare (czyli po prostu dzwony), bardzo fajne. W drodze do domu zajrzeliśmy do Costy na kawę/herbatę oraz skręciliśmy do myjni, bo jutro rano jest przegląd naszego autka.
Wieczorem nagle odezwała się Anne (w ogóle jej nie widuję, ciągle jest w rozjazdach). Może będziemy mieć zaproszenie na Der Rosenkavalier Straussa. Może, bo musimy się zgrać dostępnością.
Fred słucha Aldarona Czekalskiego.
O patrz, jaki zbieg okoliczności, też sobie zrobiłem prezent w postaci nowej torby. Moja będzie dobra do noszenia kartonów z mlekiem i sokiem.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, czyli mamy nowe torby.
UsuńJa swojej nawet już dwukrotnie używałem :)
UsuńW mojej jest już jeden z laptopów, ale na razie nic nie było noszone. Być może wezmę ją na podróż do Polski.
Usuń