Przez kilka godzin biedziliśmy się z Fredem ze złożeniem aktualizacji informacji do karty medycznej na temat naszego stanu finansowego. O matko! Przestawiliśmy wspólnie pralkę do pozycji w której była sobie spokojnie, dopóki Kochany nie zaczął czegoś tam sprzątać (ze stresu, że wypełnia papiery). Dzień się nam przez to rozwlekł i już nie wybrałam się na spacer, chociaż kilka dni temu miałam w głowie piękną wizję dalekiej wędrówki w oparciu o ulotne prognozy pogody. Prognozy prognozami, ale trochę zimno. Tymczasem w Polsce leży cienki śnieg, rozmawiałam z mamą, która pokazała mi okoliczności przyrody. Widziałam małą Rozalkę brykającą rezolutnie w czerwonym kubraczku zawiązanym w kokardki na plecach. Wiem też, że koty sąsiadów dochodzące są dwa, łaciatemu Filemonowi tatko smaruje poranioną łapę jakimś mazidłem od weta.
Rozmawiałam z mamą o planach marcowych i zaraz oczywiście w głowię się mi zaczęło tłoczyć, co to możnaby zrobić, albo gdzie nie pójść. Na głównej scenie Teatru Capitol w czasie naszego pobytu nie ma rzeczy, które koniecznie chciałabym zobaczyć, ale oboje z Kochanym w tym samym momencie zaczęliśmy się ślinić na Cesarza z Mikołajem Woubishetem jak szczerbaty na suchary, więc kto wie. Chciałabym odwiedzić z mamą Muzeum Narodowe, żeby przy okazji powłóczyć się wzdłuż Odry. Wiele zależy jednak od pogody.
Tymczasem u nas słońce. O trzeciej Fred ubrany w swój mundur zarzucił torbę na ramię, dał mi całusa i tyle go widziałam. Midsomer 18.6 było. Mózg przerzucał mi kartoteki w poszukiwaniu twarzy Davida Yellanda, takiej, jaką znam z serialu The Bretts. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się szósta, a tu nic nie stworzone, oczy się zamykają, mózg nie chce wziąć się do pracy, tylko wertowałby blogi wariatów. No i cóż, jakaś tam drobna robótka intelektualna wykonana, informacja o naliczeniu kary za zwłokę z biblioteki uniwersyteckiej przeczytana, pierwsza marchewka maczana w jogurcie czosnkowym ze smakiem zjedzona. Fred w czasie swojej przerwy na szamę mówił mi, że może wróci nie tak znowu późno. Już powiedziałam kotu. No to czekamy.
A ja włączyłem nową holenderską inscenizację handlowskiego "Juliusza Cezara" (na arte.tv jest z polskimi napisami) i dzielnie wytrwałem do momentu, w którym realizatorzy kazali się obnażyć wiernemu słudze Kleopatry i kochać z leżakiem. W sumie to chyba porównywalne z lekturą blogów wariatów.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, czytałam u Ciebie na blogu, i prawdę powiedziawszy zastanawiałam się na ile to faktycznie działo się na scenie, a na ile była to Twoja interpretacja ruchu scenicznego niekanonicznej wersji Julka ;)
Usuń:D Mojej interpretacji było tam sporo, przyznaję. Bez tego ta inscenizacja nie ułoży się w spójną opowieść.
UsuńAle jest w tej inscenizacji jedna, idealna wręcz scena. Mianowicie ta z finałowym chórem, gdy pojawia się osiem złotych sedesów. Stanowi to cudowne podsumowanie wizualnej strony przedstawienia.
@Dariuszu, kusisz :)
UsuńBlogi wariatów to chyba dobra rzecz :-)))
OdpowiedzUsuń@FrauBe, tzn. wariat wariatowi nierówny, ale w którymkolwiek sensie użyjemy tego określenia, rozglądanie się po świecie zawsze przyniesie coś dobrego, choćby orient co tam u innych i dlaczego warto trzymać się z daleka :)
Usuń