Rześki, słoneczny chłód. Rano Kochany wysadził mnie pod Centrum i ruszył w dalszą drogę (na coroczną pielgrzymkę do szpitala Beaumont). Spotkaliśmy się ponownie o czwartej, gdy odpękaliśmy każdy swoje. Srogi Fred cały dzień o pustym żołądku, tymczasem pobranie krwi i tak trzeba będzie robić kiedy indziej (cieszę się, że na spotkanie z dochtórem za dwa tygodnie pojedziemy już razem, akurat wypada mi wolny dzień). W głośnikach pierwsza płyta Rush. Po prysznicu naszłam małżonka na rozmowie braterskiej. Wynikło z niej, że na początku marca możemy gościć szwagrowskiego, gdyż Wu ma czas (niby niemożliwe, a jednak!). Czyli kolejny powód do radości, bo w mysiej norce za rzadko przyjmujemy turystów. Krewetki zjedzone na kolację (Kochany nadrabia posiłki), nogi na krześle, w brzuszku ciepło. Obleci ten dzień, not too shabby.
To słabo, że Fred głodził się niepotrzebnie.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, nie do końca niepotrzebnie, bo tomografię z kontrastem też lepiej robić na pusty żołądek.
UsuńA to ok, skoro nie do końca niepotrzebnie.
Usuń