3:10 budzi mnie hałas w ogródku. To chyba Kochany tuż przed wyjazdem wrzucał coś do kosza. Kolejną godzinę wiercę się w łóżku próbując ponownie zasnąć, a kiedy już się udało męczył mnie dziwny sen. Wstaję ok. 8:45 i daję kotu jeść. Ryszard wylizuje michę do czysta, myje łapki, wychodzi frontowymi drzwiami. Serfuję w necie popijając pierwszą herbatę zieloną z żurawiną. Dzień zapowiada się na słoneczny, więc wstawiam pranie; jem śniadanie po dziesiątej; kot akurat wrócił ze spaceru i już drzemie w sypialni. Po jedenastej rozwieszam pranie i idę nad morze:
Rzeczywiście jest bardzo ciepło. Zaczęłam brać witaminę D, ale była okazja złapać trochę naturalnej, bo szłam z krótkim rękawkiem.
Wracam ok. 12:50 (w drodze powrotnej widzę Bána skupionego na obserwacji czegoś pod murkiem przy sklepie i mówię mu cześć, Bán jest grzeczny, więc odpowiada; wita się ze mną także Anna w drzwiach swojego domu dyskutująca z Patrikiem).
Kawa. Przyglądam się kotu (od mojego wyjścia do tego momentu właściwie nie śpi, tylko siedzi w jednej pozycji), pytam się, czy wszystko ok. Chyba ok. Nawet jeśli coś, to na razie się nie przyzna. W końcu po drugiej po południu wychodzi ostrożnie stawiając łapy.
Spa stóp. Zaczynam oglądać Midsomer Murders, 22.3 i ciągle coś mi przerywa. Przed trzecią niespodziewanie do domu puka Ka - przyjechał tylko z chłopakami i w sklepie za rogiem kupił lody, pomyślał, że je zje rozmawiając ze mną przed domem. To dobry plan, słońce miło miło ogrzewa.
Kochany zaskakuje mnie powrotem do domu tuż po piątej. Obiad jemy godzinę później. Ponieważ w Kuchniosalonie zrobiło się ciepło (wyciąg nie działa), uchyliłam okno przy zlewie. Nie wiem jak długo Bán obserwował nas z parapetu, bo zauważyłam go dopiero, gdy po wykonanym dużym susie lekko zdezorientowany wylądował na podłodze. Kupa śmiechu z tym kotem, złapałam, wypuściłam, powstrzymałam się, żeby nie wycałować.
Fred jest zmęczony i obolały. Mielimy chwilę sprawę wujostwa i cioci Ce, bo był u nich Wu i przesłał dość szczegółowe sprawozdanie, ale przed ósmą mąż mnie przeprasza (chciałby rozmawiać, tylko nie ma siły, musi się położyć).
Na MyHeritage pisze do mnie Stephanie. To partnerka wnuka przyrodniego brata prababci Marianny. Widzę, że nadal działają w temacie poznania swoich egzotycznych przodków. Wyjaśniam im kwestię, dlaczego polskie nazwiska mają różne końcówki.
W Kuchniosalonie nagle zaczyna hałaśliwie latać zielony pluskwiak (odorek zieleniak?). Wyrzucam go przez okno w sypialni. Kochany już śpi.

Ładne chmurki.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, tak.
Usuń