Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bán. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bán. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

2421. Lektura ...

 ... była tak szybka, że nie zdążyłam się pochwalić
Repetition Hjorth skończyłam tuż przed dziesiątą, dzisiaj po śniadaniu
musiałam, bo myśli ciągle mi do niej wracały

żeby rozchodzić bolące półdupki (ja i Kochany, siecze nas po tej samej stronie nawet)
wyszliśmy nad morze
szaro, wiatr silny, ale niezbyt chłodny, Kochany nawet na bosaka
zrobiliśmy rundkę zakończoną w sklepie po sąsiedzku
bo miałam ochotę na lody

(wchodzimy, a tam Bán gracka się z półki z alkoholami
widać kot schedę po wuju Ryszardzie podniósł do poziomu sztuki)

lody skonsumowaliśmy na żółtej ławce, jak się należy
nie ominęła nas więc bajera Li  wyprowadzającego Lucy na spacer
trudno powiedzieć ile z tego, czym nasz sąsiad się dzieli, to historie wyssane z brudnego palca, a ile trudnej rzeczywistości
pewne, że używki bardzo postarzają, na głowę też nie pomagają
(czyżbyśmy mieli sąsiada spokrewnionego z rodziną narkotykową, któż to wie, któż wie)

przed siódmą jestem już po spacerze z koteczkami, po rozmowie z Anne, po prysznicu
mogę się rozpłaszczyć w sypialni z ciasteczkami maślanymi, lekturą i rozkminą
___
edit 21:50 ech, tatko się zastanawia, wiem od mamy, czy iść na zabieg ócz
trudno coś doradzać, starość bywa chujowa

wtorek, 26 sierpnia 2025

2079. Wydarzenia wtorkowe.

Kochany wyjechał mega wcześnie do pracy, żeby odrobić sobotnie zawirowania. Pojechałam i wróciłam autobusem, podziwiając poranne i popołudniowe krajobrazy za oknem. 

W pracy nudy (jedną z irytujących cech tego zajęcia jest, że albo nawał spraw, albo flauta na morzu i śmierć mózgowa). 

Widoczki: rzeka Boyne pękała w szwach, nad morzem granatowe chmury. Zasmarkaniec czekał na mnie w oknie Kuchniosalonu (ostatnio czyszczę Maniusi te gluty, wycieram oczka i nos). 

Ach, szybko wrzuciłam kawałki wołowiny na patelnię, bo dwie godziny się to musi pierniczyć, żeby gulasz był jadalny. Gulasz, kasza gryczana, kiszone ogórki. Po obiedzie spacerek myszowy połączony z rozmową z rodzicami (najpierw mama, potem przejął nas tatko). I ciekawa sytuacja się wydarzyła: Bán się pojawił i był bliski kontakt z Manią (dotknięcie nosami, którego nie zdążyłam obfotografować; strzeliłam fotkę chwilę później, gdy Maniuchna już zdążyła się przestraszyć). Wzruszyłam się: Bán zmężniał, chodzi teraz z taką godnością, jak wujek Rysio.

Kochany rozmawiał ze zbolałym Perlistym — przyjaciel ma problemy zdrowotne, rozważa operacje-sracje, tymczasem zaś jak zwykle przed kamerą siedział bez koszuli i wyjaśniał nam, że czytanie, mój borze, czytanie to byłaby fajna rzecz, że Dostojewski to wiadomo, a teraz Miłosza czyta, i chciałby zamknąć się w Białowieży, żeby mu kurier przynosił jedzenie i wodę mineralną; ale niestety, praca, casu mało.

Przez chwilę cieszyłam się z fake newsa jakoby Colin Farrell i Cillian Murphy mieli zagrać w kontynuacji Banshees. Argrgrghh! Kanalie.

Myszy bawią się zatyczką od długopisu. Kupi im człowiek piłeczki, entuzjazm ograniczony, za to taka zatyczka!

środa, 15 stycznia 2025

1856. Słoneczna środa.

I pięknie. Po późniejszym śniadaniu wypuściliśmy się na spacer. Nie szliśmy tędy od kilku tygodni, więc choć to tak blisko, umknęło nam, że z wroniego drzewa oderwał się całkiem spory konar. Podeszłam zobaczyć jak to wygląda, czy przypadkiem jakaś ptasia hacjenda nie zleciała razem z nim; najwyraźniej nie tylko ja byłam zaciekawiona, pod konarem gniazdko już zdążył uwić sobie Mleko, który najpierw łypał na zbliżające się figury jednym okiem, po czym rozpoznawszy kto zacz, wylazł się przywitać tego dnia jakże pięknego:

Kochany musiał zajść do ośrodka zdrowia, żeby się dowiedzieć, co ma dalej robić (pobranie krwi w poniedziałek). Skoro to już zostało odhaczone, poszliśmy w przeciwnym kierunku, na rozsłonecznioną plażę. Przypływ właśnie zakręcał. Znaleziska różne:





Najciekawsze są szczątki zwierzęcia o którym wcześniej nie słyszałam. Mysz morska! Nazywana jest też afrodytą tęczową; była w zaawansowanym stanie rozkładu, ale jej szczecinki nadal mieniły się metalicznymi kolorami. 

W drodze powrotnej napotkaliśmy starszego pana ze ślicznym buldożkiem francuskim o imieniu Buster. Buster obrzucił nas zainteresowanym spojrzeniem i obwąchał. 

Było jeszcze zejście do kawiarenki, flat white i dla mnie ciastko marchewkowe.


O drugiej z powrotem w domu i życie rodzinne. Moje życie rodzinne zostało zachwaszczone sprawdzaniem prac, tymczasem Kochany zrobił nam obiad. Myślałam, że obrobię się szybko, ale dłużyło się niemiłosiernie, więc dopiero teraz będę miała czas na lekturę.

wtorek, 7 stycznia 2025

1848. W środku.

Przed południem skończyłam słuchanie Psa Baskervillów po angielsku; przyjemna, staromodna lektura. Dzień był słoneczny, więc miałam pomysł, żeby pójść nad morze, ale przeszło mi po pięciu minutach w ogródku, w czasie których otwierałam plastikowe wiaderka z karmą dla ptaków (ręce zgrabiały mi na sople lodu; okazało się, że powiewy wiatru bywają całkiem żwawe). Mleko przyszedł mi "pomóc", plątał się pod nogami i z entuzjazmem zareagował na zaproszenie do domu: nie dokarmiamy go, ale chciałam chociaż na chwilę odciągnąć jego uwagę od zbierającej się za domem ptasiej ferajny. Mleko pała wielką miłością do grzejnika w korytarzu, na moment przewrócił się na brzuch i oparł  o niego łapy. Co jeszcze? Zdrzemnęłam się, część ubrań ze świątecznego wyjazdu wrzuciłam do pralki na easy wash, wysłałam CV z listem skleconym naprędce, zaczęłam czytać Iwasiów, zrobiłam obiad. Kochany wrócił przed szóstą; życie domowe ciurka regularnym strumyczkiem.

piątek, 3 stycznia 2025

1844. Trzeci stycznia.

Obudziłam się po piątej. Idąc myślą za ciałem wstałam wypiłam herbatę i przejrzałam blogi, żeby się odpowiednio zmęczyć. O siódmej (nadal ciemno) wróciłam do łóżka na dwie godziny. Miałam sen w którym byliśmy z Kochanym w Krakowie, w domu podnajmowanym najwyraźniej od eM, który nie był tym faktem zachwycony. Paradne; żadna uświadomiona myśl nie naprowadzała na taką senną fabułę. Po drugiej pobudce już jasno, za oknem mróz, trawniki i samochody, wszystko skrupulatnie pobielone. 

Kochany wstał na późną kawę, akurat, gdy kończyłam słuchankę pierwszej księgi Prób Montaigne'a. Dałam jeść ogrodowym głodomorom (szpaki oczywiście już na mnie gwizdały). Po kawie Fred zabrał mnie do El Paso na naleśniki. Nasze ulubione miejsce było o tej porze bardzo ożywione, znaleźliśmy ostatnie wolne krzesła przy centralnym, dużym stole. Po posiłku (dla mnie było to drugie śniadanie) poszliśmy do księgarni, tej co zawsze, tak tylko, żeby rzucić okiem, czy pojawiło się coś wyjątkowo kuszącego (tak naprawdę nie mam miejsca na nic nowego, skoro tyle starego jest w kolejce czytankowej, wyjątek zrobiłabym dla Keegan i Hjorth), a przede wszystkim, żeby się przejść. Powrót do samochodu, szybkie zakupy w Tesco i dom.

Kiedy przygotowywałam bakłażany na obiad, Mleko do nas zawitał, na krótko przytulił się do kaloryfera w korytarzu. Znalazłam kotka do adopcji, ale nasz już niestety nie będzie. Poza tym wieczór filmowy: Śniadanie na Plutonie (2005) Neila Jordana.

piątek, 13 grudnia 2024

1823. Z mroku.

Obudziłam się z bólami w małych stawach (dłonie, halluksy), pewnie pokarało mnie za ciastki, które wsunęłam wieczorem nie bacząc, że najlepiej byłoby zjeść coś na słono, albo nawet lepiej, dać sobie spokój. Arrgghhh. Tymczasem trzeba było mi dzisiaj do pracy — w Jamie zamieniłam dni, żeby nie musieć następnego czwartku odrabiać w nowym roku. Byłoby dobrze, gdybym była lepiej przygotowana, tymczasem nie jestem, nie lubię stawiać ocen, więc w nocy śniła mi się praca w szkole.

Oczywiście, jak zwykle w czwartek było bardzo miło. Kochany podwiózł mnie prawie pod drzwi, rozmawiałam chwilę z Szefem, potem zajęłam się przybyłym narybkiem w liczbie czterech. Pomogłam im dokończyć zadania, kto mógł, przedstawił prezentację (Li nerwowo nie dał rady, ale dobry z niego chłopak), skończyliśmy wcześniej, bo szef nie miał ochoty zaczynać następnej godziny opłaty parkingowej. I słusznie. Kochany, uprzedzony przeze mnie, stawił się na miejscu i ruszyliśmy do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Forge na obiad. 


Przed trzecią byłam więc w domu, do tego objedzona po uszy. Mogłam zrobić sobie małą czarną i zrelaksować się nad książką. Mieliśmy nietypowego gościa: Bán przyszedł się zagrzać, trochę był brudny, ułożył się w miejscu w którym drzemał Rysio; posiedział z godzinę i wyszedł.


Wyciągnęłam już dużą walizkę. Wprawdzie wylot dopiero za kilka dni, ale od jutra Kochany pracuje codziennie, więc lepiej dla niego było zrobić to, co musi być zrobione. Zacznę się dorzucać z pomysłami, gdy poczuję się lepiej. Tymczasem zadzwoniłam do rodziców zapytać jak tam sprawy organizacyjne: uszka i pierogi zakupione, mama poluje na karpia w filetach, zakupy ciastkarskie mają być zredukowane, gdyż rozmach nasz w wyobraźni nie odpowiada możliwościom żołądkowym w realu. Bezustannie za ciemno i za zimno, a szpaczory wyjadają kosowi jabłka. 

niedziela, 8 grudnia 2024

1818. Little joys.

Nadal zbyt wietrznie, żeby brykać po najpiękniejszej choćby ścieżce nadmorskiej. Po śniadaniu Fred podkradł mi więc szalik w kolorze biskupiego fioletu (bardzo mu pasuje) i wyjechaliśmy do Północnej, oficjalnie, żeby zobaczyć ceny kulek dla ptaków. Najpierw jeszcze chwilę rozmawialiśmy z Bánem. Ciociu, może bym się pogrzał tutaj tak trochę, co? Wujek, co ty na to?

W Newry Kochany najpierw kupił rzeczone kulki, potem zaparkowaliśmy pod TK Maxxem i przeszliśmy na druga stronę rzeki w poszukiwaniu miejsca o nazwie Loft 27 (bardzo miła obsługa znienacka w języku polskim; jak się okazało firma rodzinna, filiżanki w folkowe wzory, naleśniki z serem i malinowym sosem jak się należy, zachwalam i polecam).

Najedzeni wróciliśmy do samochodu, weszliśmy do sklepu, trochę szukaliśmy inspiracji świątecznych, w przypływie optymizmu kupiłam w TK Maxxie kalendarz kieszonkowy na rok 2025. Będę z niego korzystała, inaczej niż z kalendarzyka na rok 2022 (który zamierzam nareszcie wykorzystać, mianowicie do zapisywania wielu tysięcy sekretnych haseł). Kiedy tak się przemieszczaliśmy tam i sam, wpadła na nas Jot w świątecznym stanie podgorączkowym. Z powodu owego stanu tylko się uchachaliśmy, pozdrowiliśmy i poszliśmy w przeciwnych kierunkach.

Przejeżdżając w drodze powrotnej przez El Paso, zatrzymaliśmy się jeszcze w Easonie. Fred kupił nareszcie prezent dla znajomego z pracy (dwie książki), a ja zrobiłam sobie samej prezent w postaci wiecznego pióra Parkera w kolorze winnym. Bardzo jestem kontenta z tego zakupu, poprzedni parker zaczął niekontrolowanie zasychać, na dodatek lekko pękła mu plastikowa obudowa (możliwe, że jedno ma coś wspólnego z drugim), przez to nie pisałam piórem od kilku lat (nadal mam gdzieś naboje). 

Chyba wyczerpaliśmy wizyty paraświątecznozakupowe w tym sezonie, oboje nas mierzi ludzka ciżba przelatująca z kąta w kąt z takim tupotem. Drogi coraz bardziej zakorkowane, z parkingów pod wielkimi centrami wyjeżdża się cokolwiek niemiło i w ogóle. Kulki są, to najważniejsze.

wtorek, 19 listopada 2024

1799. Wtorek hiperczytelniczy.

Pierwszy raz spieniłam mleko do kawy prasą francuską, bardzo mnie rozbawił ten mój nagły koncept (widać, że w takim razie espresso musi być znacznie mocniejsze; poza tym cappuccino domowe wyszło mi super). Na zewnątrz chwilami siąpił deszcz pół na pół z gradem, podrzuciłam więc trochę karmy dla ptaków (nie dokarmiamy codziennie, żeby zanadto nie rozpuszczać, bo trzeba przyznać, że mamy do tego naturalną skłonność; gdy wyszłam opatulona szalem, w kurtce i czapie, na kominie domu natychmiast przysiadła wrona i czujnie obserwowała, czy będą kulki "dla wron", oczywiście były). Potem próbowałam zrobić fruwaczom zdjęcie przez brudne okno, ale większość z nich jest nadal ostrożna (podrywają się do lotu, unikają dobrych ujęć). Poza szpakami, wróblami, wronami przylatują sierpówki, wśród wróbli wypatrzyłam ziębę.

Kochany zrobił mi niespodziankę i wrócił z pracy godzinę wcześniej niż się spodziewałam, wtoczył się przez drzwi razem z białą gapą oświadczając, że szczyty gór Mourne przykrył śnieg. Ha! Mleko tymczasem znowu brudny, wszedł do kuchni z większą pewnością, ale zaraz chciał wychodzić. Pod wieczór małżonek przedzwonił do Krakuski, żeby się jej przyznać, że butów nadal nie wysłał, a nawet zgubił adres. Rozmowa trwała tak długo, że po zamknięciu się w sypialni zdążyłam przeczytać ostatnie 70 stron Rodziny Połanieckich (e-book wolnelektury.pl), po czym wyszłam, oświadczyłam, że koniec i chwilę rozmawiałam z Krakuską (oraz obecną w okienku SL), że w sumie nie lubimy Sienkiewicza. Całego czytania było dzisiaj ponad czterysta stron, jakąś taką miałam melodię.

Miałam wieczorem smażyć naleśniki, gdyż mleko już dziś konkretnie wychodzi z mody. Ale z tego wszystkiego, co się nazywa literatura, zapomniałam i próba naleśnikowa będzie jutro, na przeterminowanym mleku. Żyję na krawędzi :E

środa, 13 listopada 2024

1792. Wtorek koncertowy.

A ja nadal o wtorku:)
Obudziłam się pierwsza i zrobiłam prasówkę zanim jeszcze moje Kochanie otworzyło oko. Podładowałam baterię w aparacie (na koncercie nie okazał się użyteczny i szybko go wyłączyłam), zrobiłam guacamole, zrobiłam też kaffkę dla Freda. Kochany włącza te płyty Cave'a, które mamy. Śniadanie. Kaffka u mnie. Rozważamy możliwości lotnicze w grudniu (różne opcje pozostają otwarte). Bán do nas zawitał, coś tam nam namiauczał, obwąchał szafkę na buty, pokazał, że ucho ma brudne i wyszedł.

Przyszła paczka dla Starszej Latorośli Krakusów, ze zrealizowanym marzeniem butowym. A do mnie payslip z potwierdzeniem zwrotu podatku (o pani! znowu jestem zamożną kobietą i mogę sobie kupić puzzle z 1000 części). 

Obiad o drugiej i wyjazd do stolycy. W drodze Ka zadzwonił poradzić się w temacie szkoły dla Seamusa (koedukacyjna czy nie, katolicka czy narodowa); nic mądrego nie stwierdziłam, ale bardzo to miłe, że ktoś chce się dzielić rozterkami. W Dublinie Kochany zaparkował Babcię na Abercorn Rd, po czym wyruszliśmy na poszukiwania Caffè Nero, bo było jeszcze sporo czasu do wydarzenia. Jak się spodziewałam, do kawy nie było tak daleko, przycupnęliśmy nad filiżankami w schowanku 5 Excise Walk, North Wall (stolik przy drzwiach, zaglądałam do okien ludziom mieszkającym po drugiej stronie deptaka zastanawiając się, jak im się tu mieszka, jak to jest być dublinką). Po drodze zrobiłam kilka zdjęć; woda na Liffey gładka jak szkło.

Przed 3arena spory tłum z trudnym do wykrycia mianownikiem. Mali i duzi, grubi i chudzi, starzy i młodzi, oryginalni i kopie. Zasiedliśmy wysoko w części H, chyba mniej więcej w podobnym punkcie jak 2 lata temu na Sigur Rós. Bardzo intrygujący support (Black Country, New Road) pojawił się trochę po 19. Nick Cave and the Bad Seeds wystąpili o 20:30 punkt. Oczywiście Warren Ellis, oczywiście George Vjestica, pani w brylach, do tego czteroosobowy chórek. Trochę po jedenastej wybrzmiały ostatnie nuty Into My Arms

Było warto. Dobrze, że gość zamiast kaznodziejstwa wybrał zawód artysty. W domu byliśmy dopiero przed pierwszą (tunel nam zamknięto, niechcący wjechaliśmy do dublińskiego portu i trochę po nim krążyliśmy szukając wyjścia).

czwartek, 7 listopada 2024

1787. Z ciemności do jasności.

Bardzo niespokojnie spałam, po próbach wyciszenia zapadałam się w podusię, żeby po krótkim czasie znowu się wybudzić. Wstałam przed budzikiem, wyjrzawszy przez okno przywitałam się z Bánem, który właśnie polował, tzn. siedział przycupnięty, skupiony przed górką Rysiową. 

Nos mam nadal suchy; wczoraj obniżyłam temperaturę na termostacie o dwa stopnie, bo może o to się rozchodzi. Zresztą, znowu kaszlę, też jakby z przesuszeniopodrażnienia.

Po powrocie z pracy (Kochany mnie podwozi) gulasz wołowy z kaszą gryczaną, potem kaffka z Brazylii, kilka raffaello i najnowszy filmik Gosi ze Szkocji o niczym. Po tych procedurach pokrzepiające spanko, najpierw z Kochanym, potem pojedyncze, pobudka, przegląd zadań na jutro, wieczorem rozmowa z rodzicami (znowu zajmują się polityką), aktualizacje (Rozalka bierze tabletki na wątrobę). Dopiero potem przypomniało mi się, że miałyśmy się spiknąć z Safron, napisałam do niej z przeprosinami, ale na szczęście ona też zapomniała. Za to może zrobimy sobie spotkanie w trójcy przed przerwą świąteczną, mam zaproszenie; to będzie czas tuż przed przesileniem, może też przed wylotem ... zmierzamy ku lepszemu, tam gdzie stoję, jest słońce. Kochany zapuścił Talking Heads.

środa, 30 października 2024

1779. W domu.

Dzień bardzo jesienny, szaro, dość ciepło, w tle ciągle słychać świst sztucznych ogni (dzieciaki już świerzbi, noc halloweenowa rozlewa się na cały tydzień). Bán nas odwiedził, najwyraźniej dyskretnie patroluje ogródek po wujku Rysiu, zajrzał też na chwilę do domu (tym razem zaproszony):

Śmierć lorda Edgware'a (1985) z Ustinovem to taki film, że wymaga prasowania, albo jakiegoś innego zajęcia; tak też się stało, nieco odgruzowałam tapczan na którym zalegało pranie z ostatnich kilku tygodni.

Korzystając z ciepłej szarości wyszłam na chwilę do ogródka, żeby odchwaścić donice ze sparaksisami (podłużną) i iksjami (okrągłą). Podpisałam je nawet, mam nadzieję, że deszcz nie zatrze śladów do nowej wiosny.

Kochany zrobił obiad, upichcił gulasz wołowy na jutro i wyjechał kupić chleb; wrócił po ćmoku z bukietem białych róż za pazuchą. Po mojej stronie trochę papierologii, ale krótko, postanawiam nie iść przed wozem i nie robić więcej, niż ma to sens. Kilka razy odpowiedziałam na wiadomości od Safron, która zaczęła coś za mną tęsknić; zadałam szefowej jedno pytanie na które oczywiście nie umiała mi odpowiedzieć; książka na dobranoc.

środa, 16 października 2024

1765. Miau miau miau miau.

Tak jak sobie wczoraj umyśliłam, na śniadanie zrobiłam dla siebie frytki (Kochany nie jest fanem tego dania o poranku), żeby wykorzystać sos czosnkowy sprzed dwóch dni. Noc taka sobie, nie kaszlałam bardzo dużo, a pomiędzy atakami nawet wydajnie mi się spało. Rano weszła do wsi morska mgła, normalnie byłby to dobry moment na pracę w ogrodzie (zostało jeszcze kilka donic do zabezpieczenia), ale nie dzisiaj, nie wystawiam nosa. W tej białoszarości wolę siedzieć w domu, pić kawę, czytać lub coś oglądać, np. vlogoween Gosi.

Kochany poszedł do lekarza, a stamtąd wyjechał na zakupy. Gdy wychodził z domu, został zauważony przez Bána, który natychmiast do nas przykłusował, przywitał się, a nawet dał się pogłaskać po uszach przyprószonych opadającą właśnie chłodną mgłą. Rzadko do nas zagląda, ale też nie zachęcamy go, okna zazwyczaj pozostają przezornie zamknięte, nie ma zanęty jedzeniowej, wujo Rysio odszedł nie zostawiając darów dla natrętów.

Kilka dni temu odezwała się do mnie niejaka Emily, daleka kuzynka taty. To efekt DNA umieszczonego w sieci i mojego listu do niej. Być może mamy wspólnego prapradziadka, choć genetycznie Emily jest spokrewniona z tatą, ze mną nie (co nie jest niczym niezwykłym, widocznie akurat tych genów nie odziedziczyłam).

Małżonek wrócił z wątróbką na obiad, oraz z njusem, że zaszczepił się przeciw grypie i pewnie zaszczepi się przeciw covidowi. Takie darmowe gifty od tutejszej służby zdrowia, gdyż Kochany jest na liście jednostek wrażliwych. A mnie coraz bardziej kręci i dusi, trudno przewidzieć, co się jutro wydarzy. I piosenka kocia się przyczepiła. 

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

niedziela, 18 lutego 2024

1524-1525. Weekend.

Sobota
Po śniadaniu rozpadało się na dobre. Bán otworzył łapką uchylone okno i przyszedł rozłożyć się pod grzejnikiem w korytarzu. Przybierał różne słodkie pozy, ale że nie daliśmy się namówić na wspieranie kota czynem, więc w końcu sobie poszedł (dzień kota był, wiem). 

Przedpołudnie minęło nam szybko i nie wiadomo na czym. Soundtrack: The Smiths, The Queen Is Dead (1986), Rolling Stones, Hackney Diamonds (2023), Tracy Chapman, Greatest Hits (2015), czyli płyty przywiezione wczoraj.

Kochany przez dłuższy czas przewalał papiery próbując znaleźć dokument z ostatniego NCT. W końcu się mu udało, a przy okazji mąż odkrył voucher na €50 o którym zapomnieliśmy, podchoinkowy prezent od Katlin. Czyli obiad został załatwiony, w mglistym krajobrazie pojechaliśmy na lunch do Termon, żeby objeść się wrapami, kiszami i ciastem. Do tego Fred kupił bochenek chleba, który tak mu smakował jako przegryzka do zupy. 

Wróciliśmy do domu w okolicach czwartej; szybko wskoczyłam pod prysznic, bo chciałam, żeby włosy wyschły mi przed wyjazdem do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do świekry i rozmawiał, a rozmawiał, nawet ja się dołączyłam (wywołana do tablicy). Cały dialog trwał ponad pół godziny.

Jakaś rekordowa rozmowa z moją mamą, po zakończeniu Fred zerknął na czas trwania.
Niedługo zaczniesz się jej słuchać, powiedziałam ot tak, żeby coś powiedzieć, są bowiem na świecie rzeczy możliwe i niemożliwe.

Wizyta u przyjaciół zmieściła się przed północą. Obejrzeliśmy Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) z Ogrodnikiem. Jako pastisz bawi.

Niedziela
W nocy za ciepło (termostat głupieje? tylko który?), na zewnątrz ładna pogoda, zapraszająca do wyjścia, więc po śniadaniu Kochany wziął mnie na spacer do Oldbridge (Bán pojawił się w ogródku, gdy odjeżdżaliśmy spod domu).

Po krótkim obchodzie (niewiele jeszcze kwitnie poza zawilcami) kawa, Tesco i wyjazd do centrum handlowego Millfield w Balbriggan (w Easonie mąż kupił mi trzy książki: biografię Trumpa, kontynuację DiU P.D. James i Be the Fittest). Następny przystanek, plaża w Laytown:

Poszliśmy ścieżką nad rzeką do plaży i korzystając z odpływu wróciliśmy na tę samą ścieżkę kamienistym wybrzeżem. Po spacerze na chwilę Drołda, żeby w polskim sklepie kupić obiad, i do domu. 

Szafka nadal nie została przez nas rozłożona (ani nawet nie wypakowana i przez weekend wszędzie z nami jeździła), w Kuchniosalonie bałagan, w pralce tumult rzeczy, w głośnikach Czyżykiewicz. Ten ostatni nie pomaga w podniesieniu nastroju. 

piątek, 5 stycznia 2024

1481. Dzień piąty.

Po zrobieniu kawy dla Kochanego i zjedzeniu własnego śniadania (znowu jajka sadzone i fasolka w sosie pomidorowym, mężu mi uświadomił, że to przecież irish breakfast; jeszcze tylko zacznę łaknąć frytek z octem i jestem tutejsza jak w pysk strzelił) wyszłam nad morze. Zanim to się jednak stało, przed domem natknęłam się na Bána (gamoń najpierw siedział na zewnętrznym parapecie):

No i tak, daliśmy mu Rysiowy pasztecik (nie wiem, czy to był dobry pomysł, ale stało się). 

W drodze na plażę zadzwoniłam do tatki i pokazałam mu wybrzeże:

Słońce nadal wisi nisko, szło się przyjemnie (tata zadowolony akurat siedział w kuchni popijając kawę, ale miał już w głowie plan dnia). Kiedy wróciłam, Fred po sprawdzeniu wszystkiego oświadczył, że najbardziej zmarzła mi broda. 

Nie było dzisiaj wspólnego obiadu, bo Kochany po trzeciej wyjechał do pracy (zaczynał od szóstej, ale musiał jeszcze załatwić sprawy na mieście), zamiast tego zrobiłam sobie sałatkę po żydowsku (wzbogaconą resztkami selera naciowego i wczorajszym jogurtem obiadowym). Poza tym pielęgnuję maraźmik (nadrobiłam 1000-b Sisters i obejrzałam dwa kolejne odcinki Death of an Expert Witness), genealoguję, ćwiczę, czytam.

środa, 3 stycznia 2024

1479. Dzień trzeci.

Druga pobudka po ósmej (pierwsza była chyba wtedy, gdy Fred przygotowywał się do wyjścia, ale to tylko na czas obrócenia się na drugi boczuś).

Po śniadaniu, żeby zapobiec marazmowi, wybrałam się na dłuższą pieszą wycieczkę (pogoda sprzyjała, chłodno, ale bezwietrznie i bez deszczu). Minęłam Dżejmiego spacerującego z psem (hny). Rzeczka pomykała raźno, zrobiłam to zdjęcie niebezpiecznie bujając się na lichej kładce:


Krokodyle zastałam prawie zupełnie przysypane piaskiem:


Znalazłam parę dziwnych kamieni:



... i obfotografowałam skały Gondwany:



Podobnie jak rok temu o tej porze, na plaży pojawiły się duże muszle, a na nich mnóstwo pąkli, chyba jeszcze żywych. Może przypływ (który już zmierzał w naszym kierunku) zabrał je z powrotem:


Do domu wróciłam w południe (kiedy byłam już niedaleko naszej hacjendy zauważyłam kuśtykająca Moirę; pomyślałam, że ta mała starsza pani w swojej dziwnej czapce z powiewającymi wiązaniami wygląda jak irlandzki skrzat, a ona jakby usłyszała moje myśli, odwróciła się i machnęłyśmy do siebie). 

Włączyłam Rozmyślania (skończyłam je dzisiaj słuchać), trochę serfowałam w sieci, wyszłam na chwilę na dwór, żeby sfotografować ubezpieczenie samochodu Anne i wysłać jej zdjęcie messengerem (napisała do mnie z hameryki, bo nie mogła się dodzwonić do Majkela), więc zaraz wpadłam na Bána. Pogłaskałam go i zamknęłam mu drzwi przed nosem, sąsiad się jednak łatwo nie poddawał. Czy ten ryjek może kłamać?


Ramotowaty Dalgliesh mnie wciągnął, obejrzałam trzy kolejne odcinki Cover Her Face, ostatni tuż przed powrotem Freda do domu. 

Kochany zatrzymał się samochodem przed wjazdem do osiedla, bo trasę blokowały mu dwie karetki pogotowia. Zjedliśmy obiad wyglądając od czasu przez okno w mrok (światła nadal błyskały, ludzie zaczęli się zbierać przed domem sąsiada-rybaka; zły znak). Grało nam Pink Floyd, płyta Wish You Were Here (1975). Katlin właśnie zapukała, żeby nam powiedzieć (zapłakana i wstrząśnięta). Thomas umarł.

sobota, 16 grudnia 2023

1461. Przygotowania.

I po co wyłażę z wyra przed słońcem? Internet, herbata, stopy mi marzną, powrót do łóżka. Oboje wstajemy dopiero po dziewiątej. Robię Kochanemu kawę, startujemy powoli z dniem, odprawiamy się dodając fast track i chwilę lamentujemy nad faktem bezsensowności przebukowywania biletów powrotnych na późniejszy lot (gdy kupowaliśmy bilety, późniejszego samolotu nie było, teraz z kolei przebukowanie się nie opłaca), feck it. Małżonek nastawia pranie pościeli. Śniadamy (krewetki przegryzane oliwkami i chlebem z resztkami pasztetu pomidorowego). Dzwonię do rodziców, żeby ich uprzedzić o możliwej wizycie kuriera (rychło w czas, bo mama już dostała dwa zawiadomienia o kurierze, a nie jest bezbronną staruszką). W końcu zaczynam się rozkładać z pakowaniem walizki, pastowaniem glanów, przeglądem kosmetyków i skarpet. Myję włosy i obcinam sobie grzywkę tępymi nożyczkami, bo włazi mi do oczu jak koniowi. Kochany odpala płytę zespołu Faun Fables, Born of the Sun (2016) i robi oryginalny obiad z kolejnych resztek znalezionych w lodówce (plastry bakłażana natarte oliwą z czosnkiem, posypane cheddarem i udekorowane pomidorkami koktajlowymi + nadziewane pieczarki + steki z tuńczyka + fasolka szparagowa + kartoffeln). A w ogródku ptasia szarańcza oraz Bán poluje, przy tej samej Mysiej Górze, co kiedyś Rysio

Gdy Kochany kończył przygotowania obiadowe, w oknie pojawiła się taka twarz:

Szczęść norze, a co dacie? Po obiedzie oddaję pieniążka i bazylię pod opiekę Annie i wyjeżdżamy na chwilę do miasta, żeby w TK Maxxie kupić jeszcze jeden prezent, mały termos (w drodze do domu znowu ciemno, w tym momencie mam ochotę zapaść w sen zimowy). Pakuję prezenty w ozdobny papier, piję herbatę, kombinuję co założyć pod kraciastą suknię bez rękawów, zmieniam plan i biorę inną marynarkę na drogę, pół godziny po szóstej jestem w zasadzie gotowa (laptop nadal działa, ładuję telefon). Jeszcze słuchanie Dezertera, dwa jajka sadzone na kolację, w końcu ubieramy się do wyjścia, rozłączamy kabelki, wyrzucamy ostatnie śmieci do kubła w ogródku, tuż przed ósmą ruszamy na północ.

Nie wezmę jeszcze jednego prysznica, bez przesady. Leżę pod kołdrą w koty, Fred ma przygotowany materac ustawiony w poprzek. Po herbacie i rozmowach z przyjaciółmi zaczęłam odczuwać znużenie. Ka wyszedł na późny spacer z psem. Z Kochanym nastawialiśmy zegarki na bardzo wczesne rano.

piątek, 15 grudnia 2023

1460. Rozproszona.

Dzisiaj to już zupełna degrengolada wstawalnicza. Bo czy naprawdę muszę? Środek nocy jest. Więc obudziłam też Freda, kawą i pocałunkiem w ucho, żeby i jemu nie było za dobrze. Dalej, jak zwykle w piątek: dzieciaków niby nie ma cały tydzień, ale do mnie złażą się wszystkie, co je mam na liście i wiadomo jak to jest, zupełny rozgardiasz, chociaż akurat większość czasu narybek ma buzie na kłódki. Pierwsza przyjemność: Emma była moim sikret santa, dostałam od niej kalendarz naścienny z myszami, jeżami i borsukami :D Ze względu na zamieszanie z urlopem zostałam w pracy kilka godzin dłużej, żeby symbolicznie odrobić, co mogę mieć do odrobienia, na koniec uścisnęłam koleżanki pozostające na posterunku (Katrin, Saren) i chodu. 

Umówiłam się z Kochanym w Bootsie, bo jeszcze chciałam kupić krem na podróż, następnie za rączkę poszliśmy na obiad do CG. Miło zaskoczyła nas kelnerka w hidżabie, m.in. tym, że okazała się ... Polką :)

Żeby się jeszcze mniej smucić (Kochany nadal był spięty i podminowany rzeczywistością) po zmroku ruszyliśmy do Czarnej na kawę. Miejsce roiło się ludźmi, szczególnie młodymi, którzy o tej porze zbierają się na wielokrotne randki oraz wspólne "czytania poezji" ;)

Następnie poszliśmy miastem w kierunku samochodu, ale raczej niespiesznie: zdążyliśmy sprawdzić, co jest w miejskim kinie oraz zajrzeć do okulisty, żeby obejrzeć oprawki (z początkiem roku trzeba mi będzie wymienić szkła, bo jestem coraz bardziej ślepa).

A to już Bán witający nas pod domem:

Ledwie zdążyłam naciągnąć na siebie inne gatki, gdy zapukała do nas sąsiadka. Katlin przyniosła nam prezenty: szal dla Freda (z serii Quiet Man, brązowo-niebieskawy), szal i rękawiczki dla mnie (kaszmirowe, zielone, Carolyn Donnelly) oraz voucher do Farmy w Termon (pewnie zrealizujemy go po powrocie). Sąsiedzi zaprezentowali nam też swój samochód udekorowany światełkami i dostali od nas mikołajka do zintensyfikowania krismasowej dekoracji.

Cóż poza tym? Kochany pozbywa się legendarnych czerwonych spodni w których widziałam go po raz pierwszy na żywo (minął ich czas). Świekra chyba dobrze zniosła zabieg na oczach, rozmawiała chwilę z Fredem i brzmiała bardzo rześko. Małżonek kupił dodatkowy bagaż i już się spakował, więc jutro tylko ja będę nieprzytomnie kręciła się po domu w celach poszukiwawczo-odkrywczych garderoby i rozumu. Wykorzystałam papier pakowy z naszych prezentów do opakowania prezentu dla mamy i Luś. Fred przyszywa guziki na szelki (odprute od czerwonych spodni) do innych spodni, bo przecież szelki muszą być. W okularach na nosie do późna mocuje się z igłą.

środa, 13 grudnia 2023

1458. Śledzie, Nano, jaja.

Środa była jasna i spokojna. Oboje mieliśmy wolne; nie mogłam spać, wylazłam z łóżka przed szóstą, żeby napić się herbaty, przejrzeć internety i ... zjeść śledzie w jogurcie. Nie wiem, czy to zbliżające się święta, ale śledzie są u mnie mocno na topie, w ciągu półtora tygodnia było to trzecie śniadanie śledziowe. Napita, najedzona i doinformowana wróciłam do sypialni i zziębnięta przytuliłam się do cieplutkiego Freda, żeby zapaść w sen na następne dwie godziny. Drugi raz wstałam ok. dziesiątej, gdy małżonek już urzędował w Kuchniosalonie. Pogoda była na tyle piękna (jak na grudzień), że postanowiliśmy gdzieś połazić, a żeby upiec dwie pieczenie, ruszyliśmy do miasta przypomnieć się Pani Wytrzeszczającej. Tak, tak, jesteśmy na liście, jak nas nie będzie wtedy, gdy mamy być, to dopiero po świętach. No nic, po zapisaniu w głowie Pani Wytrzeszczającej informacji, że jak nie dostaniemy o co się nam rozchodzi, to się nie odczepimy i merrychristmas, poszliśmy z Kochanym do Czarnej natykając się w drodze na chór nastolatków śpiewających świąteczne kawałki pod kościołem z łbem Plunketta. 

Pani Stempelek była jak zwykle hojna.

Po kawie wyszliśmy na miasto. Dawno już nie było nas w Highlanes Gallery, więc dlaczego by nie? Z przyjemnością obfotografowałam trzy obrazy Nano Reid i wdałam się w rozmowę z Nelą, która poleciła mi dwie książki na temat wystaw lokalnej malarki. Fred zaraz kupił mi albumy w prezencie.

Po wizycie w galerii wracaliśmy do samochodu po drodze podziwiając dirty old town. Tak więc był grzyb wyrastający z fasady domu i miejsce w centrum miasta (Church Lane), gdzie mogłabym się przeprowadzić, miejsce ciche i (aktualnie) zatęchłe, nadal czekające na duży remont, który odmieni jego życie.


Po powrocie do domu było jeszcze jasno, Kochany zaszedł do ogródka, żeby nasypać ptakom karmy i w ten sposób przypomniało mi się, że nadal nie wysadziłam części cebul narcyzów. Postanowiłam zrobić to dzisiaj chociaż z Ripami van Winkle. Grzebiąc w ziemi napotkałam coś takiego:


Rozmawiałam też z Bánem, który pojawił się niemal natychmiast po tym, gdy weszłam do ogródka (nagadał mi, że aż Fred postanowił dać mu żarcie).


Mam nadzieję, że udało się mi wyłuskać spośród cebul tyle Ripów, ile ich tam było (większość była łatwa do rozpoznania). Czyli jedna pożyteczna rzecz (albo druga, nie zapominajmy wszakże o bezimiennej Pani Wytrzeszczającej) odhaczona ku uciesze a pomyślności ogółu. 

Gdy wracaliśmy do domu na zatoce widać było kilka krewetkowców. Od rana latały nad wsią helikoptery, dopiero po południu Katlin powiedziała Fredowi, że na morzu ktoś zaginął, jednego (starszego) znaleziono żywego, drugiego nadal szukają. Nawet tak łagodna woda jest śmiertelnie niebezpieczna o tej porze roku.

Kochany zrobił nam obiad. Trzecia pożyteczna rzecz zrobiona przeze mnie, to sprawdzenie egzaminów zalegających w domu od tygodnia. A to, prosz bardzo, prezent albumowy: