Słońce zaczęło wschodzić akurat, gdy jechałam do miasta (Kochany mnie podwoził):
W pracy normalne turbulencje, oraz pięciokilometrowy marsz na Drzwi Otwarte; bardzo było ciekawie, wiadomo, bo zajrzeliśmy do klasy, gdzie się odbywał dog grooming (oraz w bonusie spotkałam interesującą rodaczkę, tłumaczkę pracująca w ambasadzie, która się przekwalifikowuje). Nasz gość wyjechał po południu. Fred zdążył przyjechać po mnie z Dublina i nawet zabraliśmy Saren po drodze.
Sprzątałam po gościu, przygotowywałam się do jutrzejszego odbębnienia trzech godzin uczycielskich, rozmawiałam z rodzicami (chcąc nie chcąc temat zszedł na politykę, przecież kabaretu ciąg dalszy, ale też sprawdzaliśmy zawartość kolejnej paczki, która przyszła z Empiku). Plany na weekend się nam zmieniły — zamiast hrabstwa Cork i Marksistki, będzie hrabstwo Kerry i Marksistka. Też dobrze, a może nawet lepiej?
W tytułowym błogosławieństwie dostrzegam czystą interesowność :)
OdpowiedzUsuń@Dariusz, ok :)
UsuńCudny ten widok ze zdjęcia.
OdpowiedzUsuń@7wiatrów, widok z okna samochodu (było za zimno, żeby je otwierać :)).
Usuń