Strony

poniedziałek, 29 stycznia 2024

1505. Droga powrotna.

Czuję wewnętrzny sprzeciw, rzekł Fred zerkając z łóżka na zegar ścienny. Jak na złość pogoda była ładna, zachęcała do niespiesznych ruchów; moglibyśmy się gdzieś przejść zamiast latać bez sensu, ale czas mnie gonił. Mama zostawiła mi na kuchni pomidorową (tak jak to robiła kiedyś babcia Mania), już przed dziesiątą wyjadłam z pół gara i wyruszyliśmy z Kochanym (ja spakowana w jeden plecak, Kochany z myślą, że wraca po tatę).

Sytuacja lotnicza bardzo przyjemna — wszystkie środki lokomocji na czas. Najpierw Fred dowiózł mnie do lotniska prawie bez przeszkód (karetka, która nas wyprzedziła, miała stłuczkę na własne życzenie), kawa, rurka z bitą śmietaną, uściski i całusy. Samolot wyleciał o czasie i przyleciał na miejsce z zapasem odpowiednim na tyle, że po wyjściu z portu lotniczego nie spóźniałam się na żaden autobus. W czasie podróży zaczęłam czytać Chrześcijaństwo tandemu Nowak/Ziemiński (Prószyński i S-ka, 2023). Oprócz tego wzięłam ze sobą jeszcze tylko jedną książkę, stare Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej Levacka (to był mój drugi prezent od Izy na osiemnastkę, nigdy nie przeczytany; dlaczego? nie pamiętam, chcę to nadrobić).

W Irlandia mżawka, słońca brak. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu było nastawienie termostatu na odpowiednią temperaturę, drugą odszukanie w schowku ogrodowym pożyczonej pułapki na myszy i odniesienie jej do Anne (której akurat wysiadł bojler).

Od Freda wiedziałam, że w czasie mojej podróży nadeszła paczka z Helsinek. Nie było jej jednak pod drzwiami, pod domem nie było też samochodu Katlin. Sąsiadka zapukała, gdy akurat jadłam pierogi, i wręczyła mi pakunek. Meindle są zjawiskowe, czerwieńsze i wygodniejsze, niż to sobie wyobrażałam (już mam w głowie marzenia, gdzie w nich idę razem z Kochanym). 

Jak nigdy, zaskoczyła mnie różnica w ciśnieniu atmosferycznym — jeszcze dłuższy czas odczuwałam zdenerwowanie, które stopniowo przeszło w zmęczenie. Obiad i siódmy odcinek 1000-lb Sisters średnio mnie zrelaksowały. Postanowiłam wskoczyć wcześnie pod kołdrę, żeby pomóc sobie w unormowaniu pikawki.

W tym czasie małżonek w Polsce odjaniepawlił bardzo ważną rzecz: pomógł rodzicom zwiać przed kolędą. Najpierw wziął tatkę na cmentarz w Hochkirch, a gdy mama skończyła pracę, oboje zaprosił na obiad do Mozzarelli i na kawę do Kota.

Długi poniedziałek kończę planem minimum: spróbuję się wyciszyć i uratować przesuszoną bazylię, przestawianie kamieni musi poczekać do jutra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.