Dzień świętego spokoju (Rosjance nie zostało odpuszczone, ale to kwestia pryncypiów). W kawiarni zaczęłam czytać Marqueza, bardzo dobry tekst, spora przyjemność (wydanie po angielsku). Po południu wracałam do domu autobusem i na dworcu chwilę czatowałam z Ivą (teraz wiem na pewno, że jej partner to Li od Liam). Rozmawiałyśmy o jej psie oraz o sąsiedztwie. Gdyż się okazuje, że Iva nie lubi Anny i przedstawiła mi powody, dlaczego. Moje sąsiedzkie relacje z Anną zostały nadszarpnięte przez akcję szpaczą, ale też nie jestem skłonna pchać się między wódkę i zakąskę. Prawdę mówiąc, po mojej stronie zaangażowanie emocjonalne jest minimalne, mam ciekawsze sprawy na głowie (gdyż za rozczarowaniem podąża obojętność). Przed autobusem i w drodze powrotnej blade wspomnienie Polski: migrantki (chyba ukraińskie) nie stają w ogonku, tylko się rozpychają i walczą o miejsca siedzące, następnie walczą o przestrzeń w czasie wysiadania. Z Kochanym jemy obiad(y), rozmawiamy (wiele tematów), dzwonię do mamy, rozmawiamy (pogoda, listy wyborcze, języki). Jest dobrze.
To napisz już więcej o co chodzi z Rosjanką, zamiast podgrzewać naszą ciekawość :)
OdpowiedzUsuń@Dariusz, nic wielkiego. Rozmawiałam z blogerką ze środkowej Rosji (dosłownie, ŚRODKOWEJ, chyba nam z Irlandii jest bliżej do Ukrainy, niż jej). Niby miła pani, lubi koty, a jednak niewolnik Putinowskiej propagandy, że serce boli. Ale co tam ja Ci będę tłumaczyła ... zerknij na komentarz pod nowszym postem (puściłam go po namyśle).
UsuńAaa... Myślałem, że chodzi o rozmowę na żywo z miejscową Rosjanką :D Zaraz się cofnę i zerknę.
Usuń@Dariusz, nawet Polaków pisowych nie spotykamy za często, nie ma ku temu okazji.
Usuń