Strony

czwartek, 27 czerwca 2024

1654. Dzień podróżny.

Znowu wstałam za wcześnie (szósta) i wiem, że to niedobrze, dzień będzie baaardzo długi i skisnę. Nic nie poradzę, mózg do mnie gadał. Zrobiłam kawę Kochanemu, odprowadziłam rodziców do bramy, wyczesałam Malinkę, ze ściśniętym żołądkiem czekałam, aż tatko wróci z dobrymi bułkami na śniadanie (bułek niet, trzeba zjeść wczorajszy chlebek). Po śniadaniu spakowaliśmy się, po czym wyjechaliśmy na ostatnią kawę do Kota, oraz na lody do starej cukierni.

Przy tejże drugiej okazji pani nas poinformowała, że zdybaliśmy ją przed wakacjami i jeszcze jutro można przyjść, a my że jutro to futro, bo nas nie ma, a ona, że co tak późno żeśmy przyszli w takim razie, a my, że byliśmy tutaj w poniedziałek, a jej nie było akuratnież. Sympatycznie, że niektórzy ludzie nas pamiętają, chociaż wbijamy raz na ruski rok. 

Gorąco tak, że po mieście nie chciało się nam chodzić, a ponieważ samochód zaparkowany był pod Kotem, mieliśmy okazję odmachać koledze Narodzonemu, który siedział z żoną na zewnątrz kawiarni sącząc jakieś tam napitki. Bardzo to pokrzepiające, że są ludzie, którzy lubią ze sobą spędzać czas.

Na wsi też skwierczy. W domu chodzą wszystkie wiatraki, okna zacienione, większość zwierząt pochowana, tylko mała Rozalka opala uszy wylegując się na parapecie. W ogrodzie osy i pszczoły masowo korzystają z poidełek, zauważyłam też, że zbiornik na deszczówkę jest już prawie pusty. 

Mama wróciła z pracy, odpaliliśmy gotowca (tylko młode kartofelki własnoręcznie przez tatkę obrane, schabowe i trzy sałatki kupne) i już jesteśmy po obiedzie. Trzeba będzie porozłączać elektronikę, dopchnąć kolanem jakiś pakunek oraz ostatecznie ustalić ubranie na podróż.

5 komentarzy:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.