A może to chodzi o napromieniowanie słońcem? Budzę się przed północą, potem po czwartej. Punkt piąta wychodzę na chwilę na dwór, odetchnąć rześkim powietrzem (w domu zaduch), spotykam Miauczyńskiego oraz jakiegoś kotka, chyba tegorocznego, który nieśmiało zagląda na mnie zza sztachetek barierki ogrodowej. Pacam mamę po nosie, do dziewiątej, mówi mama, odganiając mnie jak muchę. Robię sobie zieloną herbatę, bo już wiem, że nie zasnę (do dziewiątej zrobiłam małe pranie ręczne, zjadłam śniadanie oraz, a jednak! poszłam z mamą na spacer do cmentarza).
We trójkę na naszym „rodos” jemy obiad i generalnie jest jak w raju, zakłócanym jedynie porykiwaniem silników motocyklowych (niedaleko odbywa się zlot; nigdy nie pojmę podniety tym zajęciem); zerkam na genealogię (uzupełniam drzewo informacjami przesłanymi jakiś czas temu przez świekrę); pod wieczór idziemy z mamą do lasu wykopać trzy różowe kffiatki.
Zamiast zostawać jeszcze jedną noc u cioci, Fred postanowił wrócić z Miasteczka dzisiaj późnym wieczorem. Czekam. Zerkam na mecz Szwajcaria-Niemcy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.