Dobre, wspólne śniadanie (wczoraj chciało mi się przygotować guacamole), potem razem wyruszyliśmy do miasta. Wysiadłam pod szkołą, podeszłam do kawiarni po napój i poranny relaks. Oboje już czujemy wakacje w zasięgu ręki (walizka Kochanego, do połowy wypełniona, od wczoraj zagraca podłogę w Kuchniosalonie). Dzień pracowniczy minął mi nadzwyczaj spokojnie, wróciłam przed Fredem, zdążyłam nawet porozmawiać z Katlin, która konfidencjonalnie przekazała mi, że nikt nie wie, gdzie jest Majkel, jego przydasie zostały pod kłódką, a on nie odpowiada na żadne próby kontaktu.
Po makaronowym obiedzie chwilę rozmawiałam z rodzicami w temacie "jak tam aura", bo zaczęłam się pakować i próbowałam ustalić "z ramiączkami czy bez ramiączek". Tymczasem Fred przeglądał mapy. Jeszcze trochę. Na razie wysłuchujemy piątej płyty the Pogues i krzątamy się niemrawo. Zlew pełen brudnych naczyń; nie chce mi się.
Przed wyjazdem jednak lepiej gary ze zlewu wymyć. Wiem, że to dość konserwatywne podejście, ale uwierz mimo wszystko i posłuchaj :D
OdpowiedzUsuń@Dariusz, ale że dopiero przed wyjazdem? Bez przesady, Fred postanowił nie czekać i umył już wczoraj ;D
UsuńRozsądnie.
Usuń@Monika, nom, sprytki z nas :D
Usuń