Znowu nie mogłam wieczorem zasnąć. Rzeczywiście, to chyba temperatura, odzwyczaiłam się od nocnego ciepła; śpimy przy otwartym oknie, lubię chłód. Pół dnia zmitrężyłam na działalności nieuchwytnej, potem oddałam się czynnościom niewdzięcznym i czasochłonnym. Wyciągnęłam starego laptopa nieużywanego od ponad roku i cierpliwie sprawdzając od czasu do czasu stan baterii skopiowałam na niego część zdjęć z ostatnich miesięcy. Wybebeszyłam i odkurzyłam stolik nocny, co nie było taką prostą sprawą i nastroiło mnie negatywnie do świata (musiałam przy okazji posortować i zaktualizować kilka pudeł z kosmetykami; powinnam ich używać, mruczałam do siebie). W sypialni przetarłam ścianę pod oknem i przylegający do niej grzejnik (był brudny i powinien pozostać brudny; Rysio odbijał się z niego wracając do domu przez okno). Wzbijałam tumany kurzu, który mnie podrażniał i uruchamiał czarnowidztwo. Zrobiłam obiad. Arghhh.
Seans niespodziewany: na 35mm.online obejrzeliśmy z Kochanym przedziwny film Hasa, Osobisty pamiętnik grzesznika przez niego samego spisany (1985); trzeba przyznać, że solidnie ryje bańkę.
A u mnie na odwrót - od powrotu ze wsi zasypiam coraz szybciej i coraz krócej netuję nocami.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, bywa i w drugą stronę. W naszym przypadku chodzi o zbędne podgrzanie domu. Ale już noce zaczęły się ochładzać, Kochany zauważył to nad ranem.
Usuń