Dzień pożegnań.
Mama wzięła sobie wolne, tak powstała niedziela we wtorek. Rosół. Kartofle z kefirem.
Wyjechaliśmy ze wsi trochę wcześniej, żebym mogła podjąć kolejną próbę (tym razem udaną) przesłania kasy za OC. Poszło szybko, pan "z okienka" bez okienka był bardzo pomocny. Na lotnisku zważyłam i nadałam bagaż, był czas na wspólne jedzenie, wciągnęliśmy więc drugi obiad, potem rurki z kremem w Coście. Mam wrażenie, że hedonistyczne zwyczaje rozlewają się i uzupełniają z obydwu stron, z moich zwyczajów z Kochanym, ale też z domowego zalegania z rodzicami. Mam świadomość, że normalni ludzie nie chodzą na obiad na lotnisko. Nie jesteśmy normalni, takie rzeczy mogą skutkować wyobcowaniem, ten stan mi odpowiada, stał się częścią mojej natury.
W dużej walizce przewoziłam rzeczy zakupione przez Freda w Empiku, znalazłam między nimi Białość Jona Fossego (ArtRage, 2024); że stron tylko 42, wszystkie przeczytałam za jednym posiedzeniem w fotelu 20D.
Sam lot był spokojny, przyziemienie dość agresywne i głośne. Bez zwłoki ruszyłam do wyjścia, odebrałam bagaż, Kochany już na mnie czekał z bukietem białych róż. Droga do domu jak we śnie, jechaliśmy, miałam déjà vu. W tym półśnie tak się zawzięłam, że po dziewiątej byłam już rozpakowana, kwiaty w wazonie, ja w szlafroku, pachnąca żelem pod prysznic. Znowu od siebie do siebie, jak ludzie żyją nie podróżując?








No właśnie, jak ludzie żyją nie podróżując? I nie jedząc na lotniskach też?
OdpowiedzUsuń@Mo., po swojemu, inaczej, tyle wiem. Bywam bardziej przygnębiona, gdy nie mogę wyjść z domu, żeby zmienić krajobraz. Pewnie są jakieś inne sposoby na walkę ze stresem, ja mam tak.
Usuń