Kochany w tym czasie konsumował kawę z Panem od Espresso i Chwałą (niespodziewanie przebywającą w stolycy), oczywiście zadzwonił, żebym mogła ludziom pomachać, bo takie mamy małżeńskie zwyczaje.
Gdy mama wyszła z pracy, przenieśliśmy się po sąsiedzku do jadłodajni u Piecha i zjedliśmy tradycyjny obiad z ziemniorami, sałatkami i mięsem w panierce (schabowy był gigantyczny, większość wylądowała w pojemniku na wynos). Rodzice zajechali ze mną również do Brico, żebym mogła kupić miedzian-killer do naszych jabłoni.
Relaks, czekanie na spadek temperatury (wczorajsze nieznaczne ochłodzenie było chwilowe, dzisiaj znowu ukrop), w końcu rodzinna zbiórka i jazda na cmentarz ze sprzętem (grabki, haczka, szmatka); wzbijając tumany kurzu zrobiliśmy porządek jako taki wokół dwóch grobów. Nawet pod wieczór tak gorąco, że atmosfery na refleksje egzystencjalne brak. Mała jaszczurka schowała się pod grobem sąsiada dziadków po prawej stronie. Czyli takie miejsca mają zastosowanie bardzo praktyczne, żyją.
Na wieczór leżakowanie, gadanie, płaroty.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.