Asnyk odjeżdżał o 4:43, wyjazd co do minuty, Żyrardów, Skierniewice, Koluszki, Łódź Widzew, i tak dalej, i tak dalej. Jazda pięciogwiazdkowa doprawdy, tylko peron w Miliczu był dla Asnyka za krótki, co miało znaczenie o tyle, że siedziałam na ostatnim fotelu ostatniego wagonu (miła konduktorka musiała mnie wyprowadzić do właściwego wyjścia). Przywitałam się z rodzicami i żwawo przemieściliśmy się na wieś; od razu śniadanie (z rana nic nie jadłam) oraz spacer z Maksiem (w towarzystwie Rózi ostrzegawczo pobekującej z lasu).
Mama miała pomysł bardzo dobry, więc przeszedł przez aklamację: wyjazd do Lubiąża na szwendanie oraz (przede wszystkim) obiad w Karczmie Cysterskiej. Budynki monumentalne (jak zwykle), rzesza turystów przemykających po dziedzińcu, zbrązowiałe liście kasztanowców chrzęszczące pod stopami; tatko trzaska zdjęcia hurtowo, jakby się ode mnie nauczył.
Kilka godzin później wróciliśmy po własnych śladach do Tcy, żeby w Kocie zasiąść do kawy i serniczków. Potem jazda na wieś i kontynuacja życia domowego leniwców. Dzień zwieńczony oglądaniem Upadku (2004) Hirschbiegela.





Aha, czyli Upadek oglądaliśmy niejako razem.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, tak. Już go wcześniej widziałam (nawet szukam na dvd), tym razem oglądałyśmy z mamą.
Usuń