Rano sprawdziłam pogodę dla miasta. Wzięłam płaszcz przeciwdeszczowy zamiast płaszcza przeciwmrozowego, spory błąd, bo deszcz w ogóle nie spadł. Tralalala (reaktywowaliśmy z Kochanym grafik ostatnio rzadziej obecny: kupiłam dwie kawy, jedną na wynos, potem bimbałam w kawiarni aż do czasu, gdy trzeba mi było iść do pracy). Na pożegnanie z Szefem życzyliśmy sobie wzajemnie, jak ateista z ateistką, żeby nie imprezować zbyt intensywnie, i tyle w temacie. Jutro Good Friday, więc wolne. Szef siadł na motór, ja poszurałam do polskiego sklepu, potem na dworzec.
Wróciłam do domu po trzeciej, autobusem, po krótkiej rozmowie z Dżejmim, który znowu pytał o Ryszarda. Odmroziłam sos do makaronu zrobiony przez Kochanego, wrzuciłam do niego kilka grzybów oglądając starą kobrę, Elegia na śmierć nieszczęśliwej damy (1975). Obiektywnie nie warto, chyba, że ktoś lubi krindż, no ale to można powiedzieć o większości peerelowskich teatrów kryminalnych.
Cokolwiek mnie wczoraj atakowało, jakoś to odpędziłam i czułam się dzisiaj znacznie lepiej. Może po prostu praca mi dolegała ^..^ Teraz cztery dni laby, książki, wyglądanie przez okno. Kochany wrócił z pracy po piątej, jedząc makaron zaczęliśmy rozmawiać o Waglewskim i Hołdysie, więc wiadomo, że trzeba było włączyć Świnie. Po obiedzie, żeby się wszystko uleżało, wskoczyłam do łóżka z powieścią norweską. Czytałam, ale też trochę leżakowałam, bo to książka z rodzaju, których nie chce się szybko kończyć (zostało ok. czterdzieści stron).
W głośnikach zespól Kryzys, płyta 78-81. Już po prysznicu, gdyż poważnie zagrożona byłam głęboką drzemką i szukałam otrzeźwienia. Kochany dalej w mundurze, z włosem nastroszonym, szelkami dyndającymi u spodni. Jesteśmy gotowi na piątunio.
Udanego przedłużonego weekednu w takim razie.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, dziękuję. Trochę szkoda, że to tylko u mnie, bo Fred ma akurat weekend pracujący.
Usuń