Pozwoliłam sobie dłużej poleżakować, wstałam dopiero po dziewiątej. Zjadłam zupę pomidorową, spakowałam się w pięć minut, przejrzałam trochę książek z intencją znalezienia jeszcze jednej do "wypożyczenia". W końcu znalazłam: nieprzeczytane nigdy Ostatnie kuszenie Chrystusa Kazandzakisa. Zaintrygowało mnie, że powieść miała tylko jedno polskie wydanie, w roku 1992. Sądząc z daty na ostatniej stronie, kupiłam ją wiedząc już, że dostałam się na studia, po czym odłożyłam ją na później; książka w idealnym stanie, przemówiła do mnie dopiero teraz, po trzydziestu latach :) Biere.
Mama w pracy; wyjechaliśmy po nią z tatkiem trochę wcześniej, żeby jeszcze raz pójść do Kota na kawę i ciastko. Zanim to nastąpiło był jeszcze Poirot, Appointment with Death (do połowy, bo zdecydowanie nie była to historia na dzisiaj). W mieście padał deszcz, żaden problem, gdy siedzi się w kawiarni. Przy kawie z Kenii (syfon) i ciastku marchewkowym rozkminialiśmy z tatkiem sprawy z przeszłości. Kochany zadzwonił z pracy; jeszcze chwila marudzenia i trzeba było jechać po mamę.
W domu obiad (młoda kapusta), genealogia, powolne dopakowywanie i krążenie. Wyjechaliśmy o wiele wcześniej, głównie po to, żeby we trójkę posiedzieć przed podróżą. W drodze znowu padał deszcz. Na lotnisku zaskakująca cisza, niemrawy ruch, tylko grupka panów grała w karty. Pięć przed dziesiątą zebrałam się do kupy. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że sama samiuteńka byłam na sprawdzeniu bagażu. Nikogo przede mną, nikogo za mną, spokój, więc wszystko przebiegło w zrelaksowanej atmosferze.
Samolot miał być nieco opóźniony, ale teraz nic na to nie wskazuje. Czas lokalny 22:22.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.