Byliśmy z rodzicami na obiedzie w Greco (ich gyros jest jednym z niewielu fast foodów, które nieźle toleruję), potem zmieniliśmy stolik, żeby zjeść desery u Grycana. Fred złapał nas na video, gdy już wracaliśmy z Wro.
W domu Columbo, bo wiadomo. Tylko na chwilę wyszłam do furtki, żeby (w zastępstwie taty, który załatwiał jeszcze sprawy na mieście) porozmawiać ze Stefą. Sąsiadka przyszła zapytać o ewentualny konflikt interesów — przybłąkał się do niej ładny kot i jeśli coś o nim wiemy, albo to nasz, to ona się nie będzie do niego przyzwyczajała. Lubię Stefę, choć potrafi bardzo wrzeszczeć; takie mam zawsze wrażenie, że pod tym wrzeszczeniem jest jednak całkiem fajny człowiek (który świeci świeczki za swoje zmarłe koty). Dużo złego spadło na nią w ostatnim czasie.
Poza kilkugodzinnym wyjazdem do stolicy, nic takiego się nie działo. Od rana czuć było wyraźne ochłodzenie, pod koniec dnia zimny wiatr coraz bardziej się wzmagał. Na jakąś godzinę straciliśmy też Internet w domku pod lasem, ale to chyba bez związku z wiatrem (mama wysłała im zawiadomienie; Internet pojawił się pewnie niezależnie od zawiadomienia, mama jednak nie ustaje w wysyłaniu takich treści na chat 💬, słusznie dowodząc, że płaci, więc wymaga).
W łóżku już pańciu Wojciech leży po-kotem.

Jak znam Wojtusia, to leży też przed-kotem i śród-kotem. Po-kotem, to wiadomo!
OdpowiedzUsuńNa Mazurach też mocno wieje. I mrozi w nocy. Tej ładnej wiosny, co ja złapałaś na początku wizyty, to już chyba będzie na razie koniec.
OdpowiedzUsuń