Glut spłynął, będziem żyli dalej, w szczęściu i pomyślności. Kochany podwiózł mnie do pracy i czekał na mnie po pracy. W Centrum niejako ostatki, jeszcze dwa spotkania w przyszłym tygodniu i szlus z tą karierą. W drodze do domu ... minęliśmy dom i pojechaliśmy dalej. A stało się to za przyczyną taką, że najpierw pomyśleliśmy, że zjemy obiad w Termon, niestety akurat nie było wolnego stolika wewnątrz (tylko parę stolików na zewnątrz, a jednak troszkę zacinało chłodem). Kolejny przystanek: The Glyde Inn. Yyyyyy. We wtorek zamknięte. Freda oświeciło: może do Blackrock. Pojechaliśmy do Blackrock, samochód zaparkowany, było nawet zerknięcie na głęboki przypływ. Poszliśmy na spacer wokół znanego terenu. Nic, same kawiarnie. No to już trudno, przed nami tylko El Paso. Otóż i wylądowaliśmy w Trzecim miejscu na lunchu. Pierwszy raz zamówiłam tam zupę. Bardzo zupowa, kciuk w górę. Oczywiście kawę kupiliśmy, do filiżanek i na wynos. A potem ciągnęliśmy się prowincją bogowie wiedzą po co (odpowiedź: bo już tacy jesteśmy i szlus), aż do ślepej uliczki. Tak, że tak:
Błąkaliśmy się po hrabstwie do czwartej po południu i dopiero w czasie tej niespiesznej podróży spłynęło na mnie objawienie, że w marcu skończył się marzec, więc po powrocie zrobiłam na kolanie marcowy kolażyk:


Piczomira w ramach świętowania Prima Aprilis?
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, tak po prostu, natknęłam się na nią przypadkiem (zainspirowana Twoim spisem lektur).
Usuń