Na wstępie dnia lekko wykoleiliśmy się ze swojej zwyczajności: Czarna była zamknięta z powodu braku prądu, więc zaproponowałam Kochanemu podjechanie pod Pe; kawa mężowi smakowała, a ja z przyjemnością zanurzyłam się w nowej lekturze (Banville) w zmienionych okolicznościach przyrodniczych.
Z serii "dziwne zrządzenia losu": rano Kochany zaparkował samochód w innym miejscu niż zwykle, znacznie dalej od swojej pracy. Kiedy po skończonej zmianie wracał do Babci, zauważył, że w auto postawione dokładnie tam, gdzie zazwyczaj stoi nasze, wbił się drugi pojazd.
Czas popołudniowy się mi rozgrzebał, leżakowałam; obiad zjedliśmy dopiero o dziewiątej wieczorem (tarliśmy marchewki słuchając biografii Broniewskiego, od czasu do czasu zatrzymywałam audio, żebyśmy mogli o tym porozmawiać).
Pod wieczór jest znacznie chłodniej niż w ciągu ostatnich trzech dni, wiatr się wzmaga. Chodzę w koszulce chopinowskiej. Anne (wyszła się przywitać z myszami) źle wygląda, takie mam odczucie niedookreślone.
Być może mamy opiekunkę do kotencji: Hana wyraziła wstępny entuzjazm. Mąż ledwo co wysłał propozycję i sprawy są w toku, ale przyznam, że dla mnie również jest to najlepsza opcja i trudno byłoby mi się z nią rozstać ;)
A to mieliście farta z tym parkowaniem.
OdpowiedzUsuń(chciałem dziś kupić marchewkę, ale w sklepie były dwie ostatnie sztuki takie jakieś niewyglądne i się rozmyśliłem)
@Dariuszu, tak, inaczej Babcia byłaby okaleczona, a nawet jeszcze jej do końca nie spłaciliśmy.
UsuńMarchewek u nas dostatek, obiad wyszedł wege (karfoffeln, kalafior, tarta marchewka).
Aż się prosi by napisać, że Bóg nad Wami czuwał :D
UsuńZwłaszcza nad Wolandem ;-)
UsuńHahaha 🤣
Usuń