Strony

czwartek, 9 lipca 2026

2396. W drodze.

Dzień zapowiada się na nieco chłodniejszy. Kochany podwiózł mnie z El Paso do biura i wrócił do myszy. W biurze znowu są  chwilowe przerwy w połączeniach z Internetem, ale zrewidowałam swoje ambitne pomysły na dzisiaj, więc luz.

Już zaszłam do Czarnej po śniadanie, odprawiłam nas w apce i zdążyłam się zirytować grzebakami — po raz kolejny fachowcy przyszli bez uprzedniej informacji, czy próby kontaktu. Kochany ich wyprosił. Trudno.
___
edit 14:10 pięknie się zrobiło. Grzeje (chłodniejszy dzień jednak ma wolne). Kochany przywiózł mi trampki na podmiankę starych sandałków w których wczoraj wyszłam z głupia frant z domu. Zaszłam do Pe, żeby im zostawić plakat, przy okazji odkryłam, że w końcu pojawiły się wypieki, w tym pyszne croissanty, inne w smaku niż te z Czarnej. Wcześniej wpadła szefowa, przyniosła oryginały rachunków, powiedziała, że mogę wyjść wcześniej skoro jestem w trybie wędrownym. Ok. Jeszcze lunch, dokupienie kremu z filtrem, bo się kończy.
___
edit 16:10 oh my gowd, roztapiam się. Pewnie z tego nieznośnego przegrzania nieomal zjadłam lunch w Il Forno: weszłam, rozsiadłam się, przestudiowałam menu i otrzeźwiałam. Poszłam na drugi koniec ulicy, do Simony. Zacne miejsce, minestrone i bruschetta. Zamknęłam biuro na dobre, kupiłam w Bootsie krem z filtrem na zapas i doczłapałam do dworca. Kochany już w autobusie.
___
edit 02:50 czasu lokalnego, w łóżku, pod gigantyczną kołdrą. Padam na ryjek, czyli o tem potem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.