środa, 26 sierpnia 2026
2444. Zmiany.
sobota, 22 sierpnia 2026
2440. Sobota w odcinkach.
Jasny, zimny poranek. Wykaraskałam się z łoża na tyle wcześnie, że Kochany zdążył mi dać buzi przed wyjściem. Już zapakowałam do pralki koce i ręczniki, weekend ma być bez opadów, więc jest nadzieja, że wszystko będzie ładnie schło w ogródku.
___
edit 8:25 przed chwilą ktoś wrzucił do szpary w drzwiach ulotkę zatytułowaną Four Things God Wants You To Know. Same bullshit as always, oraz marnacja papieru; miałam ją tu nawet pokazać, bo obfociłam. Ale stała się ciekawsza rzecz: imigrant stuka we frontową ścianę naszego domu, czasem dość głośno :D Panowie przyjechali przed kwadransem, będą kończyli fragment, który nie został uprzednio docieplony. Dobrze, że nie wyszłam na poranny spacer, koteczki potrzebują wsparcia kociopsychicznego.
___
edit 11:20 panowie grzebacze zniknęli po godzinie, ściana jest docieplona, gotowa na położenie tynku. Śniadanie wciągnięte (homemade frytki z erfrajera, dwa jajka sadzone, na deser mała czarna i jeden Tunnock's tea cake). Obejrzałam pierwszy półgodzinny odcinek Normal People (2000). Drugie pranie rozwieszone pod ciemniejącym niebem. Na czytnik wrzuciłam dwie wypożyczone książki, nowelkę Keegan So Late in the Day oraz powieść Eileen Teethmarks On My Tongue (tę drugą wypożyczyłam tylko po to, aby biblioteka nie żałowała, że inwestuje w produkty niszowe, zaś Claire do przeczytania wieczorem). Cały czas wraca do mnie pewien pożegnalny wpis blogowy na który chciałabym zareagować współczująco, ale wiem, że nie powinnam.
___
edit 20:05 miało być słonecznie? Ha! No dobra, nie padało. Gdy tylko skończyłam poprzedni wpis, biały van ponownie zjawił się na osiedlu. Było dalsze stukanie i pukanie, tynk nałożono, do odhaczenia zostały drobne poprawki na które będziemy czekali kto wie jak długo. Uwięziona w domu obejrzałam 25.3 odcinek Midsomer Murders (bardzo podoba się mi motyw z aktorami powracającymi w innych rolach — tym razem Kevin McNally, który nie wiedzieć czemu zapadł mi w pamięć jako Orville Tudway) oraz zaopatrzyłam się w papućki z rogami reniferów, wspomnienie po Kaś Matce Kotów. Zadzwoniłam do mamy (mama zafascynowała się historią Margaret Gallagher z Belcoo; postać jak najbardziej kojarzę, więc był to główny wątek naszej rozmowy). Jesteśmy z Kochanym napełnienie makaronem i wyspacerowani przez koty. Pora wziąć się za książkę.
środa, 12 sierpnia 2026
2430. Zaćmienie
Kochany w domu z Koteczkami, fartownie
gdyż przyszli elektrycy, wg irlandzkiej modły od najmądrzejszego do najgłupszego, żeby średnia IQ zgadzała się niezbyt wysoka, w każdym razie wentylacja w Kuchniosalonie i sypialni zrobione
audyt przebiegł w przyjemnej atmosferze
o pierwszej kaffka z Benedyktem w Czarnej
zawodowo sprawa prosta, bo kolega w drugim zdaniu zgodził się na podpisanie umowy
wieczorem chodziliśmy z kotami w zaćmieniu słońca
nie wiedziałam, że to zaćmienie (czytałam coś o porannym układzie planet, jednym okiem, machnęłam ręką), ale przypomniałam sobie o zaćmieniu w Polsce, tylko nie wiem o którym ... o tym z 1999 roku? czy o tym z 2015? w każdym razie, chodziłam i dobrze było tak po prostu być, bez zadania
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
2428. Schody.
audyt finansowy, rekrutacja, nudy społeczne,
a mnie od rana bolą stawy w dłoniach.
w środku dnia kończę Wbrew regułom Hjorth (PI, 2014).
zamontowali nowy wyciąg kuchenny (alleluja) oraz inne ustrojstwa wentylacyjne
teraz mamy czekać na magika elektryka (wyciąg już chodzi, Krisowy patent nie do zdarcia)
sobota, 8 sierpnia 2026
2426. Kolory sierpnia.
susza
patrzę rano przez okno, a tam w ogródku ... karzeł
nie ma się co dziwić, mieszkamy w Irlandii
czyli robotnicy wpadli rabotać w sobotę, miło (akurat jeden był karłem, zdarza się)
tylko że ... nie nacieszyłam się długo
panowie coś posprawdzali w ogródkach i zniknęli po jakiejś pół godzinie
Kochany w pracy, nad morze wyszłam sama
zachęciło mnie do tego gruchanie grzywaczy i gdakanie drobiu
gdy wywieszałam pranie
wczoraj wieczorem dorzuciłam sobie do stosu książek Wbrew regułom Hjorth
mam to w pedeefie, więc trochę dziwnie się czyta, dobre i to
poza tym zaczęłam słuchać pierwszego opowiadania z tomu Ostatnie życzenie Sapkowskiego
Anne podłamana — Ukrainka wyjechała rano do rodziców, może na stałe
koniec z polowaniami na szpaki w naszym ogródku
Anne jednak szkoda, smutku jej
czwartek, 30 lipca 2026
2417. głowa ...
... jak z waty
słabość, która mnie wczoraj dopadła to chyba zapalenie zatok
ale jakieś takie podprogowe, po trochu, żeby się szybko nie zorientować
kręcę się wokół własnej osi, nie wiem co z czym
poranna kawa w Czarnej trochę pomaga
a bardziej jeszcze wkurw na firmę dłubiącą przy domu
widać to wszystko prawda z tą adrenaliną
w Polsce rakieta spadła niedaleko Dragan
w porze lunchu wyszłam do Moorlanda na zupę z pora
(prognozy kompletnie mnie dezorganizują, miało padać, tymczasem przegrzewam się w trampkach)
w drodze powrotnej w charity shopie kupiłam dwie książki
The Green Road Enright oraz wymiętoszone wydanie sztuki Keane’a The Field
tylko dlatego, że były w niej odręczne notatki osoby o nazwisku Robert Molloy
(sztukę przerabiają irlandzkie nastolatki w ramach Junior Cycle English)
no i jest nowa kuchenka, włala
teraz jeszcze trzeba się poużerać z Bord Gáis
na spacerze kocim Kochany zadzwonił do Usz w celach życzeniowych, też się udzielałam
umarła dzisiaj Cembrzyńska,
kiwam głową, gdy Fred mówi, że jednak takim największym zamknięciem będą śmierci Olbrychskiego i Gajosa
będą
wtorek, 21 lipca 2026
2408. Spowolniona normalizacja.
Kochany walczył na froncie remontowym – pojawili się panowie od kuchenki, bez kuchenki. Z nowym blatem przyjechali, żeby kuchenka, na dzisiaj bytująca tylko w naszej wyobraźni, mogła się zmieścić na miejsce starej, wyraźnie węższej. I dobrze, stary blat świecił historyczną dziurą wypaloną nie wiadomo jak i kiedy.
Ciężkość głowowa nie minęła w czasie pracy. Nadal feel like shite.
Opchałam się burrito, żeby być gotową na popracowe wędrówki sklepowe z Kochanym. Po powrocie do domu dłuższy spacer z koteczkami. Anne się przywitała, my wróciliśmy, ona rusza w trasę. W głośnikach płyta Kazika Staszewskiego Melodie Kurta Weill'a. Jem croissanta i proszę: mietczynski robi croissanty. Mania wróciła do formy: osikała płyty na najniższej półce pod drukarką. Nawrzeszczałam, trochę się gniewała, ale już wróciła na krzesło i udaje, że spoko.
czwartek, 9 lipca 2026
2396. W drodze.
Dzień zapowiada się na nieco chłodniejszy. Kochany podwiózł mnie z El Paso do biura i wrócił do myszy. W biurze znowu są chwilowe przerwy w połączeniach z Internetem, ale zrewidowałam swoje ambitne pomysły na dzisiaj, więc luz.
Już zaszłam do Czarnej po śniadanie, odprawiłam nas w apce i zdążyłam się zirytować grzebakami — po raz kolejny fachowcy przyszli bez uprzedniej informacji, czy próby kontaktu. Kochany ich wyprosił. Trudno.
___
edit 14:10 pięknie się zrobiło. Grzeje (chłodniejszy dzień jednak ma wolne). Kochany przywiózł mi trampki na podmiankę starych sandałków w których wczoraj wyszłam z głupia frant z domu. Zaszłam do Pe, żeby im zostawić plakat, przy okazji odkryłam, że w końcu pojawiły się wypieki, w tym pyszne croissanty, inne w smaku niż te z Czarnej. Wcześniej wpadła szefowa, przyniosła oryginały rachunków, powiedziała, że mogę wyjść wcześniej skoro jestem w trybie wędrownym. Ok. Jeszcze lunch, dokupienie kremu z filtrem, bo się kończy.
___
edit 16:10 oh my gowd, roztapiam się. Pewnie z tego nieznośnego przegrzania nieomal zjadłam lunch w Il Forno: weszłam, rozsiadłam się, przestudiowałam menu i otrzeźwiałam. Poszłam na drugi koniec ulicy, do Simony. Zacne miejsce, minestrone i bruschetta. Zamknęłam biuro na dobre, kupiłam w Bootsie krem z filtrem na zapas i doczłapałam do dworca. Kochany już w autobusie.
___
edit 02:50 czasu lokalnego, w łóżku, pod gigantyczną kołdrą. Padam na ryjek, czyli o tem potem.
środa, 8 lipca 2026
2395. Zapodziana.
Sypialnia u przyjaciół nieznośnie przegrzana, dopiero nad ranem zrobiło się jako tako przyjemnie. Wypiłam tylko zieloną herbatę, na śniadanie poszłam dopiero w Drołdzie (irlandzkie wege w 38).
Kiedy w końcu wróciliśmy do domu (czekałam na Kochanego, który oprowadzał Hanę po Dublinie) panowie grzebiący otynkowali sporą część ściany.
Na wszystko za mało czasu, czyli miałam pozbierać myśli, ale znowu czegoś zapomniałam. Patataj patataj ... dojechaliśmy do El Paso, potem o dziesiątej wysłaliśmy Hanę do wsi autobusem. Nie wzięłam trampów, ani maszynki do usuwania włosia, zapomniałam zrzucić wypożyczoną książkę do czytnika, kupiliśmy ciasta w Termin i cóż, zapomniałam zjeść ... po prostu same fejle. Na dodatek mam tylko telefon, nie chce mi się ściubić na blogu dłuższych tekstów ... aaarggh. Jeszcze się nie odprawiłam. Jutro futro.
sobota, 4 lipca 2026
2391. Tuż przed ósmą ...
... głosy w ogrodzie ... tego się nie spodziewaliśmy, panowie wrócili dokończyć robotę. Drużyna migrantów chyba rzeczywiście pracuje na akord. Przygotowanie trwało pół godziny, ale w końcu nie było zmiłuj, zaczął się łomot.
Po dobrym śniadaniu, która jam to, nie chwaląc się, uczyniła, poprosiłam męża o podróż kawową. Pojechaliśmy do El Paso, do ulubionej kawiarni oraz na spacer naokoło komina, około pierwszej byliśmy z powrotem w domu. I właśnie tak już wracając do samochodu nagle postanowiłam, że porzucam książkę Tak blisko, tak daleko Krzysztof Potaczały (Prószyński i s-ka, 2022). Wspomniałam wczoraj, że czytam trzy rzeczy o trudnej tematyce, ta była jedyną przy okazji irytującą, z jakąś zadrą niedefiniowalną. Może to jedna z książek, które mogą być tylko papierowe. Poszukując audiobooka na podmiankę, znalazłam Okruchy dnia Ishiguro, znowu z Gosztyłą. Doskonale.
Styropianowcy pozbierali się szybciej niż wczoraj (po czasie odkryliśmy, że dziady leniwe znowu coś rozdeptały). Przetarliśmy kuchnię z kurzów i smrodków, podłączyliśmy nowy kabel do kamery. Działa! Przy tej okazji obgadywaliśmy potencjalne pogarszanie się sąsiedztwa. Domkiem po Annie jest zainteresowany jakiś facet. Wiadomo, że ktoś musi mieszkać, ale ten przyjeżdża pod dom codziennie, jakby miał coś z głową (Katlin zaniepokojona podzieliła się informacją, że w poprzedniej lokalizacji pan ten miał konflikt z sąsiadem). Poza tym u Ivy bywają dziwni ludzie. Hm.
Samochód już jest u rodziców. Stu przyjechał i pojechał, na styk, ale się udało. Teraz tylko nas brakuje do kolekcji.
Wieczór spędziliśmy na dwugodzinnych Okruchach dnia Ivory'ego (1993). Kochanemu się podobało.
piątek, 3 lipca 2026
2390. Pierwszy piątek lipca.
Miau miau miau miau, taką piosenkę Kochany śpiewał rano kotu. Przed moją pracą poszliśmy z Fredem do Czarnej. W ciągu dnia byłam na jeszcze jednej kawie, tym razem w Pe, bo wpadła do mnie Wiki, jak zazwyczaj tu i tam wymięta. Umówiłam się też na kawę w poniedziałek, z Benedyktem i Teresą.
Imigranci przywracają mi wiarę w zdolności intelektualne człowieka. Dzisiaj Asmahan.
Wracaliśmy do domu przez TK Maxxa i Tesco. Po pierwsze, Ka ma urodziny, mąż chciał kupić prezent dla przyjaciela, po drugie zakupy spożywczo-chemiczne, trochę na zaś. Wróciliśmy do domu przed piątą, a tu ekipa nadal siedzi, dom opatulony styropianem, tylko przód pół na pół jeszcze bez kocyka; panowie przytwierdzając płyty do ściany robili hałas jak podczas przemarszu wojska, wyglądało to na akord. I znowu wszędzie syf, gościu jeden z drugim tną styropian na trawie, bez osłony. Ech, w głośnikach the Cure, gdy Kochany robi na obiad makaron z pieczarkami i serem w sosie pomidorowym. Styropianowcy skończyli o wpół do siódmej.
Zaprosiliśmy się do Ka na wieczór; siedzieliśmy przy torcie urodzinowym i herbacie, nie za długo, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu. Bardzo szybko minął mi ten tydzień, przez większość dnia sądziłam, że nadal jest czwartek. Zdałam sobie sprawę, że wszystkie moje aktualne lektury są raczej z tych trudnych, mówią o sprawach przykrych. Mózg wymiętolony rzeczywistością nie chce sie teraz tym zajmować, czyli aaaa, kotki dwa.
środa, 1 lipca 2026
2388. Środek tygodnia.
Nie zrobiłam do końca papierów, wybaczam sobie.
Podróże autobusowe przyczyniły się do dobrego nastroju. Jechałam do miasta w towarzystwie Anity, dzięki ploteczkom dowiedziałam się w końcu jak ma na imię mama Humphreya, gdzie pracuje oraz jak tam w jej życiu prywatnym :D Zapoznałam się również z historią cmentarną z ostatniego weekendu: wielu żałowało, że musieli iść na blessings of graves zamiast oglądać mecz lokalnej drużyny. No i proszę, ktoś z tłumu w czasie poważnych obchodów krzyknął we won!!! (drużyna pierwszy raz od 1957 weszła do półfinałów) i ludzie na cmentarzu zawrzasnęli radośnie. Taka to irlandzka religijność :)
Mamy nowe okna i drzwi. Panowie rozstawili też rusztowanie przy dwóch ścianach. Przy okazji złamali kordylinę rosnącą tuż przy ścianie domu Anny, nie dało się inaczej. Drzwi są inaczej skonstruowane niż poprzednie i o to chodziło (nie zatrzaskują się automatycznie, a otwór na listy nareszcie ma osłonę od deszczu).
Rano zamówiłam w Pe sconesa z masłem i dżemem, usiadłam i zjadłam. Po południu rozglądałam się na dworcu, aż zauważyłam Lokalnego Geja i Siwą przycupniętych na murku, od razu podeszłam do my people. Irlandyzacja jest procesem powolnym, ale nieuniknionym.
___
wtorek, 30 czerwca 2026
2387. Bastards!
Nic tak nie ożywia człowieka jak drama. Byłam w biurze bardzo wcześnie, bo Kochany zaczynał pracę o siódmej. Miałam czas posłuchać audiobooka, wyjść na kawę do Pe (tym razem posiedziałam w środku, nic mnie nie goniło, poza drobnym deszczem), poprawić list ze skargą. Po kawie i chwilowym powrocie do biura, wybrałam się do urzędu z kopertą schowaną za pazuchą (mżawka się nasiliła). Rozgrzebało mi to dzień, przerobiłam mniej makulatury niż planowałam, ale cóż ...
No i proszę, urząd odezwał się o czwartej, właśnie gdy wychodziłam z pracy. Nie sądzę, aby ta rozmowa wiele wyjaśniła, ale pani odpowie też listownie, więc będziemy mogły nawiązać korespondencję, miejmy nadzieję, że owocną. Na razie nagle przypomniano sobie o nowej kuchence. Benedykt powiedziałby: bastards! (swoją drogę trzeba go zaprosić na kawę). Czy matoły przyjechały dzisiaj ocieplać? Oczywiście, że nie :]
Wracamy do domu, a tu sąsiad po prawej ma nowe drzwi i okna. Drzwi bardzo ładne, już się cieszę. W ogródku nadal nie sprzątam uschniętych lawend, nie ma mowy. Katlin wypytała o wszystko, zdała też relację ze swojej rozmowy z pracownikami, którzy wstawiali okna.
Dosłuchałam Imię róży Eco w wykonaniu Gosztyły. Mniam!
Wieczorem wyszło słońce, duszno. U rodziców też gorąco, przed ósmą nadal było stopni około 27. Już sobie z Kochanym układamy różne plany, może nawet, kto wie, PoE!
Czerwiec:
wtorek, 23 czerwca 2026
2380. Dzień ojca.
Gdy doszłam do biura i włączyłam komputer, zdałam sobie sprawę, że nie mam okularów. Yyyy, przez dłuższy czas naprawdę sądziłam, że zostawiłam je w domu. Cószzzzzz, były na szafce z papirami, co zauważyłam po następnej godzinie. Pora mi kupić babciowy sznureczek, w złocie oczywiście.
W domu kolejny etap demolki oraz drama sąsiedzka. Nagle przyszli grzebacy od ocieplania, widocznie minął magiczny fortnight. Iva przyleciała naganiać, żeby zaczęli od nich, Katlin bardzo się to nie spodobało, gdyż jesteśmy jej ulubionymi lokatorami (szczególnie Fred), natomiast Iva z Li zupełnie akurat przeciwnie. Byłam w pracy, więc mąż mi zaraportował wsiowe histerie.
Upał. Naprawdę. Nie ma sensu patrzeć na słupek rtęci, w mieście powietrze stało, wszyscy wskoczyli w kuse ubrania. Od razu po powrocie do domu prysznic, żeby umyć włosy, bo już od ponad tygodnia po południu same losu przeciwności. I tak, piękna i z czystym włosiem odbyłam spacer z kotami.
Wakacyjnie sprawy się rozwijają: Stu umówił się z tatą na przekazanie samochodu, o czym tatko mnie poinformował, gdy zatelefonowałam z życzeniami z okazji DO. No i super, oby nic po drodze się nie wykrzaczyło, puk puk.
Mało czytam, pogoda nie zachęca, łażenie jest bardziej w modzie, dzisiaj jednak i to nie wyszło. Kochany chciał skosić trawę w ogródku, niestety, kłódka od szopki się zacięła, sprawa jest nieco podejrzana. I tak, deliberujemy nad kłódką, czas przez palce przecieka, mąż podaje obiad tuż przed zachodem słońca (dzisiaj to było podobno ◠ 21:58)
czwartek, 4 czerwca 2026
2361. Postęp.
Obudziłam się po pierwszej w nocy i już nie mogłam zasnąć, drzemka przed ostateczną pobudką była płytka i mało satysfakcjonująca. Dzień mimo wszystko się rozbujał, nie odczuwałam większych przykrości z powodu niedospania. Rano jechałam do pracy autobusem; podziwiałam świeżo zamontowane oznaczenie naszego przystanku i zawieszony na słupie jak najbardziej aktualny rozkład jazdy (teraz to jesteśmy paniska, a nie jakieś wsioki, które wiedzą, gdzie należy czekać na autobus i kiedy, bo mieszkają po sąsiedzku ... do tego dzisiejszy pojazd miał aktualny rozkład gadany, przemiły głos informował mnie w dwóch językach jaki jest an chéad stad eile).
Dalsza część serialu remontowego. Ciepło wróciła do domostwa — wprawdzie w ogródku nadal stoi rusztowanie, ale pompa już ruszyła. Wygląda na to, że zupełnie niechcący wymienimy sobie kuchenkę z gazowej na elektryczną, zmiana nieplanowana, ale w sumie ma sens. Dziewczyny mega zestresowane, tym bardziej, że tym razem hałasu było więcej, panom udało się nawet zastartować alarm w Kuchniosalonie.
Dobrze, że na ten czas wypadło Fredowe wolne, inaczej musielibyśmy partaczy zaprosić na inny termin. A tak Kochany siedział z myszami i robił im terapię grupową, znękany był tym jednak setnie. Czekając na niego po południu zaszłam do meksykańskiej, kupiłam burrito i wróciłam do biura na konsumpcję, potem już razem pojechaliśmy do Costy (mąż musiał się zrelaksować przy kawie).
Po powrocie do domu żadnych wydarzeń poza spacerem myszowym i prawie godzinną rozmową z mamą (tatce wyszły w badaniu jakieś zmiany, ale w sumie chyba nie o to chodziło; dowiemy się czegoś więcej w przyszłym tygodniu).
Maszeruję goła do łazienki i odkrywam, że prysznic nie działa. Jutro będziemy mieli nowy. Zmiany, zmiany, zmiany, trudno nadążyć.
środa, 3 czerwca 2026
2360. Nie mogę utrafić w środę ...
... zda mi się periodycznie, że albo to czwartek, albo wtorek. Od czasu do czasu chmura się urywa, deszcz wówczas bębni o szyby. Po wejściu do Kuchniosalonu rynce mnie opadły .... zapomniałam schować gumowe rękawice do mycia naczyń i Bronia znowu zżarła palce (pica? kilka dni temu wymiotowała gumą z poprzedniej pary, liczę na kolejny taki szczęśliwy zwrot akcji). Rano nie zdążyliśmy dobrze rozsiąść się w samochodzie, gdy pan z białego, nieoznaczonego vana postanowił się przedstawić. To jest ten dzień! Jeszcze gdy byłam w pracy, Kochany zdał relację z wydarzeń domowych, a potem zabrał mnie z biura po czwartej i wyjechaliśmy do El Paso zjeść suszi na okoliczność, że chcieliśmy uciec od dorosłości.
Aaaaaa, wróciłam do domu wypatroszonego z grzejników, bojler leży w ogródku, nie mamy ciepłej wody. Ponieważ wszystko trzeba było na cito poprzestawiać, w sypialni na łóżku urosła sterta ubrań i krzeseł. Myszy poważnie zaniepokojone wymiauczały mi wszystko, całą prawdę jak było: że przyszło dwóch panów, i tata chciał je włożyć do kontenerków, że to było prawie zagrożenie życia, a już na pewno najazd naszej fortecy.
Deszcz, rozpogodzenie, deszcz. Tak było przez cały dzień. Na raty porządkujemy sypialnię, do jutra rana, żeby tymczasem mieć gdzie spać. Wcześnie wskakuję pod kołdrę. Poza książkami w papierze, Audioteka i rozmowa Peszków.
wtorek, 2 czerwca 2026
2359. Wtorek po bank holiday jak poniedziałek.
Tatko zadzwonił rano złożyć zaległe życzenia dzieciom. Przy okazji szczerze ocenił, że nienawidzi się starzeć. Wczoraj gorzej się czuł, więcej spał, na zasadzie naczyń połączonych mama również (dlatego nie mogłam się do niej dodzwonić; mama w poniedziałek rano przesłała nam życzenia na FB).
W naszym ogródku panowie od remontu zdeponowali pompę ciepła. Leży to to w kartonach, deszcz na to to pada. O sytuacji poinformowała nas Anne (sąsiadka napisała do nas na Messengerze zawiadomiona telefonicznie przez Katlin — sąsiedzka grupa wsparcia nadal działa).
Jechałam na samych słodyczach, byłam zajęta albo przy tablicy (wzmożona czujność po piątkowym kryzysie), albo przy arkuszu kalkulacyjnym, i nie miałam okazji zjeść nic zdrowego, krłasancik z kawusią, ciasto marchewkowe z Pe. Przed przyjazdem Kochanego udałam się do polskiego sklepu, tutaj też gotowce: dla mnie krokiety, dla męża pierogi ruskie. Taki dzień bez siły.
Przelotne deszcze, w związku z którymi obserwuję różnice między koteczkami: Mańka brnie przez mokrą trawę, skacze, popiskuje z radości, łapy ufaflunione zupełnie jej nie przeszkadzają, za to Bronia na początku spaceru zatrzymała się w progu i spojrzała na mnie: ale musimy razem? wyszła z ociąganiem, stawiała łapki ostrożnie, trzy razy zawracała do sypialni, w końcu wróciła do Kuchniosalonu, podjadła chrupek, umyła brzuszek i orzekła, że nie obchodzi ją, że Mańka dalej na spacerze, bo ona jest zdegustowana i musi odpocząć.
Po prysznicu skończyłam czytać Światłoczułość "Jarno" (WL, 2024). Siedzimy z Kochanym w Kuchniosalonie i słuchamy dobrego starego Eltona, płyty Empty Sky (1969). Nawadniam się, ziewam, klikam, piszę.









