Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louth Looking Good. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louth Looking Good. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2024

1798. Przyjemny powrót.

Ziiimno jak dyjabli. Rano jeszcze trochę ciemno, gdy wyjeżdżam z Kochanym. Gdy z kolei wracam autobusem po piątej, zupełnie już mrok, na dodatek od południa pada coraz gęstszy, chłodny deszcz. W szparze listowej znalazłam wetkniętą kartkę z katalogu nagród Louth Looking Good (zapytam Annę, czy to ona zostawiła, ale to już jutro). Wiadomo dlaczego: nasza ulica zdobyła pierwsze miejsce w jakiejś tam kategorii, a jako ilustracja posłużyły nasze najkraśniejsze hortensje.

No i dlaczego tak zimno? Bez sensu, wszystkie koty siedzą w domach, jeśli mają domy. Ale po południu radocha. Rozgrzewam się zupą z Tesco; przyjeżdża Kochany i do płyty The Boatman's Call (1997) robi swoje popisowe danie; kupuję bilet powrotny z grudniowej eskapady; zaczytuję się przy tym od rana do wieczora; sprawy nie mogą się mieć inaczej, niż radośnie (płyta ze snujami Mikołaja Jaskini zostaje wysłuchana po raz drugi).

wtorek, 21 listopada 2023

1436. Rozgrzebanie.

Język tak nie boli, ale nadal drażni i w nocy kaszlę więcej niż mam ochotę to znosić. Oboje musieliśmy zwlec się do pracy, Kochany wcześniej (wczoraj Kieran menadżer zadzwonił do Freda z zapytaniem, czy by się nie przejechał - zlecenie nie jest bardzo daleko, więc mąż się zgodził). Zabrałam ze sobą lekturę, rozgrzebane Bielmo Gutowskiego, bo postanowiłam je dokończyć przed rozgrzebanym Fossem. Poza tym wczoraj na duolingo dodałam nowy język - rosyjski (na razie przypominam sobie alfabet, przyda się mi w genealogii). I cóż, kaszlę, przełykam gulę nie do przełknięcia, chichram się, mądrzę też od czasu do czasu, bo miałam podopiecznego one-to-one do przyciśnięcia. Oficjalnie złożyłam podanie o urlop, gdyż Bridżet się objawiła. Ciężki ma ten rok, bliscy jej umierali i pewnie to odchorowuje. Jak już nie można płakać, to można się śmiać, akurat trafiłam na taką atmosferę w kanciapie kadrowo-księgowej i się pośmiałam z Bridżet i Alis. Przy okazji odkryłam, że potrzebuję o jeden dzień urlopu mniej, bo Centrum jest wcześniej zamykane przed świętami. Fair enough.

Po powrocie do domu oczywiście robienie obiadu z oglądaniem w trakcie Louth Looking Good'23 (to ostatnie z powodu Katlin na którą natknęłam się otwierając drzwi z myślą, że Kochany już wrócił). Świekrze wysłałam trochę moich (w sensie: moimi ręcami zrobionych) zdjęć ze ślubu oraz opracowanie wyników mgr. To chyba wszystko na dzisiaj. Gardło gniecie. Ach, i jeszcze skończyłam czytać Bielmo (Agora, 2022).

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

czwartek, 27 stycznia 2022

772. Nic (ciekawego).

Obiadowego łososia zjedliśmy na śniadanie, bo Kochany spieszył się na przegląd samochodu (autko pozytywnie przeszło NCT) i do pracy. Przed jego wyjazdem złapała nas jeszcze Anna, której już trochę nie widzieliśmy. Za chwilę coś się jej przypomniało, pobiegła do domu i wróciła z kartką wyrwaną z katalogu, a na niej ocena Louth Looking Good naszej ulicy ze zdjęciem ogródka przed naszą mysią norką, który został opisany jako "a particular showstopper". Oczywiście pokraśniałam :D Wyrwana kartka została nam podarowana, idzie w ramkę i na ścianę.

Natychmiast po wyjeździe Freda wyszłam na spacer, na moment tylko skręcając do Anny, żeby jej jeszcze raz podziękować i zapytać o tożsamość dwóch panów ze zdjęcia w przedpokoju (bracia, jeden zginął niedługo po zrobieniu zdjęcia, w wypadku przy pracy). Nie miałam planu, żeby napić się kawy na plaży i trochę tego później żałowałam, bo nie wzięłam karty. Był piękny odpływ, całkiem ciepło, ptaki gwizdały na wiosnę, w kawiarence wolne stoliki, w domkach letniskowych spory ruch, stukanie, wietrzenie, remonty i ogólne wicie gniazdek ruszyło. W naszym ogródku z tyłu domu pasły się dzisiaj aż cztery grzywacze, a szpaki wyjątkowo energicznie awanturowały się między sobą o miejsce przy karmniku.

W Polsce odbył się pogrzeb Józia, naszego sąsiada. Miał swoje lata (80+), ale odporny materiał zabucki, mógłby jeszcze pożyć, gdyby nie wywinął orła na rowerze wracając z Mandoliny. Nieszkodliwy był z niego typ, z tych zamkniętych w sobie, co to rozmawiają ze swoim psem, gdy myślą, że nikt nie słyszy. Dziwnie tak, nie ma już starszych panów na naszej ulicy, a raczej to pokolenie taty jest teraz pokoleniem starszych panów. Starsze panie to też jakieś młodziaki, babcia Mania pozostaje poza wszelkimi kategoriami.

I tyle, dzisiaj już tylko studyjowanie. Jestem po prysznicu, przed herbatą. Chyba już nic się nie wydarzy. Studiowanie jest dziwne, stres jest, czuję się jakbym znowu miała 37 lat :D
___
edit 21:30 Anne zaprosiła mnie na jutro na sztukę, musiałam odmówić, bo sesję wysiaduję, buuuu.

Fred zadzwonił po pracy z centrum Dublina, szłam z nim wieczorną porą przez miasto aż do stacji Connolly. Kochany kupił nowe płyty i już do mnie jedzie.

wtorek, 15 grudnia 2020

364. Zobaczcie, mam patyka!

Na spacerze nad morzem spotkaliśmy Majkela, który fotografował nowy wioskowy przybytek (prawdopodobnie będziemy mieli drugie nadmorskie miejsce z fish & chips). Spotkaliśmy również entuzjastycznego szczeniaka, który mijał nas dwa razy, a za drugim z dumą pokazywał nam swój patyk, tylko już zaraz musiał lecieć, bo tata wołał.

Hitem dnia był dla mnie filmik z rozdania nagród Louth Looking Good sprzed kilku dni. Pracując cały rok nad ogródkiem przyłożyliśmy się do nagrody dla naszej wioseczki. I jeszcze, już po zmroku byliśmy na zakupach. Z polskiego sklepu mamy więc uszka z kapustą i grzybami, i barszczyk, to zapasy na któryś dzień świąt. Na noc zapowiadany jest sztorm na całym wschodnim wybrzeżu, jeszcze go nie słychać, ledwie pomruki.