Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 marca 2026

2276. Środa w locie.

Najpierw podwójna pobudka, bo odpaliły dwa telefony, każdy o innej godzinie, potem obserwowanie myszy przez kamerkę (w ciemności siedziały na drukarce i wpatrywały się w drzwi, Bronia machając kitą, bo u niej co w sercu to na ogonie, Mania w swojej typowej pozie małego, nabzdyczonego żbika z ogonem-pytajnikiem schowanym pod siebie), przy okazji odkryłam, że w kamerce jest również głośnik przez który mogę perorować do Kochanego dokarmiającego potwory :D Herbata, prasówka, dopakowuję walizkę i podejmuję decyzję, co założyć na podróż, jem ryż macając się po kadłubie. Na chwilę do pracy, w sumie po to, aby otworzyć biuro, wysłać dwa maile, pomachać współpracownikom, upewnić się, że niczego nie zapomniałam. Wyszłam też na miasto, dopytać o dwie rzeczy na temat telefonu i kupić mu dobre opakowanie (razem z Kochanym szliśmy przez Drołdę zwodniczo słoneczną, porywy mroźnego wiatru bardzo na minus). Po dziesiątej jesteśmy z powrotem w domu, ostatnie ogarnianie, posiłek, dezynfekcja, będzie rozglądanie się po chałupie i wyłączanie zbędnych urządzeń.
___
17:05 Kochany siedzi kilka rzędów za mną. Na horyzoncie Sugar Loaf. Obsługa upycha ostatnie walizki. Mam wyłączyć telefon. Baj ...
___
(dodatek zrobiony dnia następnego o poranku) 

Takie mieliśmy widoki po oderwaniu się od Ziemi:


Siedzieliśmy z Kochanym osobno, mąż kilka rzędów za mną, ja obok (jak mniemam) ojca i córki mówiących po arabsku. Lot spokojny, nudny (spędzałam czas czytając, ale żadna lektura nie chwytała mojej uwagi, przerzucałam się między Enright i autobiografią Diane Keaton), efektywny: przywitaliśmy się z Modlinem kilka minut przed czasem. Szwagier czekał na małym parkingu pod lotniskiem, tak więc i tutaj nie było żadnej zwłoki. Warszawa pojawiła się znienacka, z ciemności wynurzyły się jakieś osiedla, mordory, pałace — tym razem niewiele jej widzieliśmy, tyle, co za oknem i pod blokiem, gdzie pożegnaliśmy się ze Stu. Już i tak było po dziesiątej; zastartowałam nawigację i ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim. 

piątek, 10 października 2025

2124. W drodze.

Nadszedł czas pakowania. Znowu. Po śniadaniu Kochany upchnął w walizce trochę koszul, które kiedyś zostawił u mamy z myślą, że nie będzie musiał przylatywać z cięższym bagażem. Czasy się zmienił, nie bywamy aż tak często. Mąż zdecydował się również na zabranie ze sobą obrazu wiszącego w salonie, obrazu-prezentu, wieki temu namalowanego przez wujka — będzie epopeja z jego dalszym transportem, albo i nie, może zawiśnie u moich rodziców. Ja z kolei wzięłam książkę Szyszkowskiej, Człowiek uwikłany. Żegnamy się. Pod stopami opadłe liściem. Wyruszamy tuż po 10. 

Na warszawską Pragę-Południe wtoczyliśmy się niemalże o czasie; PoE już czekał na nas w kawiarni No i co przy Kamionkowskiej, stolik zarezerwowany, napitki zacne, rozmowa, oglądam rysunki naszego blogowego kolegi, życzymy wszystkiego dobrego sprzedawcy w tiarze.

Jakby nie było fajnie, trzeba pozostawać w ruchu — podstawowa zasada życiowa. Przed trzecią musieliśmy jechać dalej: czekało na nas kolejne wydarzenie, spotkanie rodzinne w innej części miasta, w restauracji China Town na Ursynowie; nieoczywisty budynek, ale jedzenie dobre; wokół stołu trzech braci i ich partnerki, intrygująca mieszanka osobowości (Usz ze Szwagrowskim nie mogli uczestniczyć, z różnych powodów).

Po szóstej rozchodzimy się, każda para w swoją stronę. My do apteki, do samochodu i znowu w drogę. Część podróży na Dolny Śląsk odbyliśmy w drobnym deszczu (déjà vu z poniedziałku); chwilowy przystanek, jak często się nam zdarza, w Wiśniowej Górze, żeby Kochany mógł wesprzeć się kolejną kawą. Nogi i tyłek drętwieją. W końcu las, znajoma dróżka ukryta wśród drzew, brama jest otwarta, wystarczy przesunąć.

Dziwne takie wędrowanie, nigdy się zdumiewać nie przestanę, rano tam, wieczorem tutaj.

sobota, 31 sierpnia 2024

1719. Jak w kalejdoskopie 2.

Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).


— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D

W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.

Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.

O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu. 


W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku. 

***

Obok nas cichutko przeszedł sierpień.

piątek, 30 sierpnia 2024

1718. Jak w kalejdoskopie 1.

Pobudka dość wczesna; Szwagrowski nareszcie się nam objawił, narobił nam napitków i poszedł do pracy. O dziewiątej wyszliśmy do metra, bo za pół godziny byliśmy umówieni z Panem Od Espresso na przystanku przy Politechnice. Bardzo to wszystko było dobre … kawa w Filtrach na Starej Ochocie oraz Pan Marcin z panem Tomkiem w Andronach na Grochowie (ulica Wąwolnicka), kawa nitro na mleczku owsianym ... doprawdy, ni mom słów (byliśmy przygotowani na podróże komunikacją miejską, tymczasem PoE sprawił nam niespodziankę, obwożąc nas po stolicy samochodem).



W Andronach wynalazłam wśród sterty książek Anaïs Nin Deltę Wenus, pan Marcin mi ją opieczętował, a później, z okazji makaronu, PoE złożył na niej swój autograf. Bo byliśmy we trójkę także na obiedzie (chińczyk, nie pamiętam dokładnie gdzie); była jeszcze Mniszkówna czytana przez Kwiatkowską na Francuskiej i inne takie, przede wszystkim wymiana życiowych przemyśleń.
 
Pożegnaliśmy się z PoE mając na uwadze, że przed nami dzisiaj kolejne spotkanie — przejechaliśmy się tramwajem nr 9, potem metrem, po drodze z metra były jeszcze małe lody dla ochłody w tym samym miejscu, co wczoraj. Na chwilę wylądowaliśmy w ursynowskim bloku u Usz, na tyle tylko, aby wziąć prysznic. Kiedy o piątej zjechaliśmy na dół, Andrju już sandałował w naszym kierunku. Dojechaliśmy do jego części podWarszawy bez przeszkód. Uczestnicy spotkania (Andrjowa i druga para, SP z Uczycielką) już się gościli. 


Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w przydomowym ogródku, były napoje, były rzutki, temperatura przyjemnie się wygładziła.

czwartek, 29 sierpnia 2024

1717. W podróży.

Pobudka o 3:30 nie jest moim ulubionym sposobem wstawania. Ale cóż. Lecim.
___

edit 14:40 (czasu lokalnego) lot przebiegł bez większych wydarzeń (poza panem po mojej prawej, grubym i we śnie słaniającym się na swoje lewo); Europę spowijała lekka, szara mgła towarzysząca nam od Wyspy do Polski. Muszę przyznać, że moja głowa nie do końca wiedziała czego oczekiwać w związku z hasłem „będzie bardzo ciepło” i cieszę się, że wzięłam superletnią sukienkę. Z Modlina przejął nas Wu (w swojej uprzejmości przewiózł nas do siostry, po czym wrócił do swoich zajęć; pogoda po wyjściu z samochodu nadal zatyka ciepłem). Komitet powitalny był złożony z Usz oraz czarno-białego kota, którego prawie od razu wymiąchałam.



I oczywiście zaraz jest doświadczenie tego kosmosu, że w mieszkaniu nie ma telewizora, a szwagierka robi Kochanemu kawę z użyciem ręcznego młynka, gdyż ludzie żyją pięknie w różnych miejscach Europy ;)
___
edit 23:30 O jak miło leżeć w łóżku po prysznicu, za oknem szumi Ursynów, przed oknem plumka fontanna dla kotów. Bardzo miło spędziliśmy czas po obiedzie (fasolka po bretońsku z odpowiednią ilością chili, żeby wszyscy byli szczęśliwi), wyszliśmy na miasto, zjedliśmy lody w Stolicy Lodów i Pączków Café, rozmawiałam z mamą pokazując jej ścieżkę którą szliśmy do Anioła. 


Widzieliśmy dzisiaj zające dwa razy, pierwszego w Dublinie (siedział ze słuchami na sztorc pomiędzy samochodami na parkingu lotniskowym), drugiego tutaj (biegł chodnikiem wzdłuż ulicy Stryjeńskich). Po powrocie ze spaceru obejrzeliśmy z Usz dokument o Wodeckim, Lubię wracać tam gdzie byłem (2023), potem bardzo długo rozmawialiśmy o różnościach. 


Za otwartym oknem miejski rwetes.

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

czwartek, 16 marca 2023

1186. Wawa wita.

Obudziłam się wcześnie, za oknem było bardzo jasno, więc ubzdurałam sobie, że musi być po ósmej. W ten sposób zdążyłam jeszcze uściskać mamę przed jej wyjazdem do pracy. Fred też zaraz wstał i mogliśmy zacząć ceremoniał napojowo-śniadaniowo-pakowniczy. Szron, następnie piękny, jasny poranek. Przed dziesiątą wjechaliśmy na autostradę pod Oleśnicą, a w południe jedliśmy obiad w Stop Cafe na mopie w Wiśniowej Górze pod Łodzią. Równie szybko dotarliśmy do szwagrostwa. Usz była w pracy, przywitał nas Szwagrowski i dwa koty wielkości słusznej (znałam wcześniej tylko Białą Panterę; to był pamiętny styczeń 2019, gdy oboje z Fredem chorowaliśmy na wyjeździe, a i tak było cudnie). Szwagrowski zabawiał nas rozmową, poił melisą i podziwiał moje kraciaste Conversy (sam ma niebieskie i czerwone wełny, podobno już ich nie produkują), aż przyszedł czas kopsnąć się pieszo/metrem do Usz i miejsca na Bielańskiej o nazwie Resort, gdzie dostaliśmy bardzo dobrą kawę o orzechowym posmaku i poznaliśmy Józefa (chwilę wcześniej Owsiak opuścił lokal i minął nas rozprawiając o czymś bardzo zaangażowanie). Józef może wpadnie do nas w tym roku w charakterze cat sittera (bardzo chce i wygląda na porządnego człowieka). Pogadaliśmy w czwórkę aż do zmroku, pożegnaliśmy się z nowym kumplem i wyszliśmy rodzinnie na miasto. Dotarliśmy do pomnika Kaczyńskiego, pomnika schodów i odkopanych fundamentów pałacu saskiego (głównie po to, żeby się trochę pośmiać), po czem wyruszyliśmy w poszukiwaniu doznań kulinarnych. Karczma Balkany Od Kuchni nas gościła, ciepłe, smaczne miejsce. Na dobranoc spacer chłodnym Ursynowem do domu i czystek do picia (napój mnie przekonał, może kupię). Zmachana jestem zmachaniem bardzo dobrym, jutro wczesna pobudka i kolejna podróż, tym razem krótsza.

wtorek, 6 kwietnia 2021

476. Happy birthday 2u.

W dniu urodzin mojego Kochanego pracuję przez kilka godzin. Gdyby nie było covida i lockdownu, świętowalibyśmy jadąc do ładnego miejsca, spacerując i jedząc w restauracji. Rano szepnęłam mu do śpiącego uszka Wszystkiego dobrego Kochany. Potem miły do południa jak król odbierał z łoża wiadomości od rodziców, rodzeństwa, kuzynostwa, przyjaciół i miłośników.

W pracy nie było porywów, zajęcia popołudniowe w całości polegały na samodzielnym działaniu, więc wyłączyłam kamerę i pożerając klementynki zaczełam czytać Złego Tyrmanda (MG, 2014). Już od pierwszych kartek wiem, że przyda mi się ta mapa Warszawy. 

W okolicach obiadu Fred wrócił z jeszcze ciepłym chlebem i torcikiem na deser poobiedni, z którego połowę pod wieczór (akurat długo rozmawiał z ciocią Ce) zaniósł do Anne, bo się okazało, że jej Majkel ma jutro urodziny. W głośnikach tego wtorku towarzyszył nam Tom Waits, Swordfishtrombones (1983) i Frank Wild Years (1987), jedliśmy grecką sałatkę zrobioną przez Freda oglądając Dym Austera (1995). I rozmawiamy o Wu.