Strony

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

4 komentarze:

  1. Mogłabyś już dać sobie na wstrzymanie z tą chorobą. No chyba że Ci się spodobało :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @FrauBe, chciałabym, ale objawy nawracają. Np. po wczorajszym ścisku krtani już śladu nie ma, ale teraz znowu boli podstawa języka, tak jak bolała tydzień temu. Poważnie mnie to wkurwia.

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.