Poranny ból istnienia; chodniki mokre po nocnym deszczu.
I love your gear, look like a rock star, wasn’t sure I should ask you for an autograph or what, tak mi powiedział nieznajomy starszy pan, który szedł za mną, gdy zmierzałam (sunęłam, kroczyłam, gdyż nie był to zwykły marsz, o nie) po ser do polskiego sklepu. Stary, oliwkowy płaszcz (noszę go któryś sezon), na nogach cielaki i szerokonogawkowy spodzień z domowo zawiniętymi mankietami (pewnie były szyte na modelkę 1.90m), wełniany kaszkiet, mój ulubiony.
Nasze Malutkie Hrabstwo wygrało w niedzielę Delaney Cup, pierwszy raz od 68 lat. Oczywiście na mieście porykiwania. Dzisiaj już na całego, kto nie zdążył wczoraj wieczorem, porykiwał w południe; pub po sąsiedzku pełny w środku dnia, na mieście wiele samochodów z zatkniętymi flagami Wee County, przechodnie w okolicznościowych koszulkach, znajomi dogryzający supporterom Royal County, w Jamie nawet Szef, który nie ogląda meczy, wiedział o co chodzi (przy okazji wygłosił tyradę o wyższości GAA i rugby nad piłką nożną oraz związkiem tej ostatniej z kulturą przemocy). Zachęceni pogłosem, w domu obejrzeliśmy z Kochanym skrót akcji: chłopaki biegały jakby im płacono miliony euro, a po wygranej cieszyli się, jakby wygrali puchar świata (przechodni Delaney Cup to jest taka trochę większa waza na zupę).
Wracając do życia rodzinnego, wczoraj wieczorem odkryłam, że tatko zapisał się na Duolingo i uczy się niemieckiego. Rano sprawdziłam, czy to nie był sen. No nie. Niedawno zadzwoniłam do niego, żeby zapytać co to się stało. No nic się nie stało, tatko uważa sam siebie za starego Niemca, który na pewno zna niemiecki, więc aż tak bardzo nie musi się uczyć, ale chce ;)
Nie sprzątałam, obiad odgrzewany (do Fredowego gulaszu i kupnych klusek śląskich były ogórki małosolne z polskiego sklepu, mniam); jestem zmęczona; miałam coś pisać, coś czytać (Wyspa daltonistów Saksa została napoczęta), zbieram się powoli i z namaszczeniem.