Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duolingo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duolingo. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2026

2367. Wyzwania i wieści.

Wyzwania:

  • Gdzieś od roku prawie nie ćwiczę, w każdym razie nie jest to nic regularnego i forma mi kapcanieje, niestety. Postanowiłam zmienić grafik, właśnie teraz, w środku tygodnia zacząć od czegokolwiek. Pięćdziesiąt przysiadów do kryminałku.
  • Wpis Iwonyzmyślonej zastartował mi przemyślenie, że warto byłoby oglądać więcej kina europejskiego. Oraz, że kino europejskie nie kończy się na kinie angielskojęzycznym w koprodukcji z usa (duuu!). Przekładam wyzwanie na weekend, ale pomysł dobry, poszerzający horyzonty.
  • Znowu byłam rano w Pe, kupiłam kawę po drodze ze sklepu do biura. Od słowa do słowa ... dodałam na duolingo język turecki :D
W pracy nie mogę się zebrać do zakończenia pewnych wątków. Trzeba będzie, życie mnie zmusi, na razie jednak chillout, galopada do domu, zapychanie się makaronem, słuchanie Christie, spacer z kotami (zajrzeliśmy do Anne, akurat rozmawiała z mamą przez Internet, koty zostały okazane w kamerce amerykańskiej matce).

Zadzwoniłam więc do mamy własnej po wieści najnowsze. Dobre wieści: tatko dostał się do lekarki możliwie najlepszej w okolicy. Była miła, zaordynowała adekwatne środki na anemię. Złe wieści: Maksio chyba dożywa swoich dni ostatnich, jest w pampersie, przestaje jeść.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

2232. Bezsiła.

W pracy zmęczona, na zewnątrz szaro, mokro, nieprzyjaźnie, zdołałam przepłynąć ten stan z gracją i pożegnałam wszystkich "żółwikiem"; obyło się bez dram. Kochany podjechał pod Jamę centralnie, wskoczyłam w Babcię, kupiliśmy myszom żwirek, gdzie indziej baterie do czujnika dymu (od czasu do czasu jeden z drugim się odpala informując, że chce jeść), i poszliśmy do Costy na kawę. Zbliża się koniec pierwszego miesiące roku 26, nie mogę wyjść ze zdumienia jak tym razem styczeń mnie przygniótł. Jestem ciągle zaspana, ludzie działają mi na nerwy. Położyłabym to na karb poświątecznej deprechy, ale ile można? Starość, czy wyobrażeniowy natłok obowiązków? Niech będzie to drugie, jeszcze mam potencjał do zmiany. Zresztą może trzecie, pogoda obmierzła. 

Z rodzicami rozmawiałam, zwyczajowo o stanie Bronisia (Broniś był dziś całkiem żwawy), o ogromnych stadach żurawi przelatujących nad wsią, o Kochanym idącym wagowo w kierunku dziadka Bronka, o domach bez kominów.

Jest dopiero dziewiąta, a ja już padam na twarz i klikam z łóżka. Jeszcze trzy języki na duolingo, a potem, kto wie ...

poniedziałek, 12 maja 2025

1973. Rock star.

Poranny ból istnienia; chodniki mokre po nocnym deszczu.

I love your gear, look like a rock star, wasn’t sure I should ask you for an autograph or what, tak mi powiedział nieznajomy starszy pan, który szedł za mną, gdy zmierzałam (sunęłam, kroczyłam, gdyż nie był to zwykły marsz, o nie) po ser do polskiego sklepu. Stary, oliwkowy płaszcz (noszę go któryś sezon), na nogach cielaki i szerokonogawkowy spodzień z domowo zawiniętymi mankietami (pewnie były szyte na modelkę 1.90m), wełniany kaszkiet, mój ulubiony.

Nasze Malutkie Hrabstwo wygrało w niedzielę Delaney Cup, pierwszy raz od 68 lat. Oczywiście na mieście porykiwania. Dzisiaj już na całego, kto nie zdążył wczoraj wieczorem, porykiwał w południe; pub po sąsiedzku pełny w środku dnia, na mieście wiele samochodów z zatkniętymi flagami Wee County, przechodnie w okolicznościowych koszulkach, znajomi dogryzający supporterom Royal County, w Jamie nawet Szef, który nie ogląda meczy, wiedział o co chodzi (przy okazji wygłosił tyradę o wyższości GAA i rugby nad piłką nożną oraz związkiem tej ostatniej z kulturą przemocy). Zachęceni pogłosem, w domu obejrzeliśmy z Kochanym skrót akcji: chłopaki biegały jakby im płacono miliony euro, a po wygranej cieszyli się, jakby wygrali puchar świata (przechodni Delaney Cup to jest taka trochę większa waza na zupę).

Wracając do życia rodzinnego, wczoraj wieczorem odkryłam, że tatko zapisał się na Duolingo i uczy się niemieckiego. Rano sprawdziłam, czy to nie był sen. No nie. Niedawno zadzwoniłam do niego, żeby zapytać co to się stało. No nic się nie stało, tatko uważa sam siebie za starego Niemca, który na pewno zna niemiecki, więc aż tak bardzo nie musi się uczyć, ale chce ;)

Nie sprzątałam, obiad odgrzewany (do Fredowego gulaszu i kupnych klusek śląskich były ogórki małosolne z polskiego sklepu, mniam); jestem zmęczona; miałam coś pisać, coś czytać (Wyspa daltonistów Saksa została napoczęta), zbieram się powoli i z namaszczeniem.

poniedziałek, 5 sierpnia 2024

1693. 05082024.

Pomimo bank holiday Fred musiał dzisiaj jechać do pracy. Tymczasem ja zapadłam się w dziurę sierpniową (pisałam wczoraj, że szaro + ponuro? nic się nie zmieniło w temacie); na śniadanie zjadłam robaki, zrobiłam sobie kawę z aeropressu (zacne ziarno kupione w 3rd Place się już skończyło, ale mamy niezłe Galway Roast), oddałam się przez kilka chwil trzaskaniu francuskiego na duolingo (podobno szwagierka też trzaska), oraz skończyłam czytać Jak przestać się bać Ellen Hendriksen (Feeria, 2020) — ciekawe koncepcje, proste jak drut, więc tym trudniejsze do wykonania.

Po obiedzie zadzwoniłam do rodziców, żeby im powiedzieć, że bilet na pociąg już kupiony i będę wysiadała w nietypowym miejscu (przez messengera pokazano mi Zosię, bardzo rezolutna, spokojna koteczka, mama na to, że możemy ją sobie wziąć). Oglądałam trochę olimpijskiej lekkoatletyki (przede wszystkim finał biegu kobiet na 5 km i 800 m). Wieczorem zasiedliśmy z Kochanym do filmu o Białoszewskim, ale daliśmy sobie spokój po drugiej reklamie wyskakującej w ciągu pierwszych pięciu minut seansu. Może będzie jeszcze okazja.

(rozkład pracy na jutro nieznany, powinnam dłubać home office, tylko, że nie mam nad czym siedzieć, emilka njet, trudno świetnie, będzie jutro, będzie pani zadowolona)

wtorek, 21 listopada 2023

1436. Rozgrzebanie.

Język tak nie boli, ale nadal drażni i w nocy kaszlę więcej niż mam ochotę to znosić. Oboje musieliśmy zwlec się do pracy, Kochany wcześniej (wczoraj Kieran menadżer zadzwonił do Freda z zapytaniem, czy by się nie przejechał - zlecenie nie jest bardzo daleko, więc mąż się zgodził). Zabrałam ze sobą lekturę, rozgrzebane Bielmo Gutowskiego, bo postanowiłam je dokończyć przed rozgrzebanym Fossem. Poza tym wczoraj na duolingo dodałam nowy język - rosyjski (na razie przypominam sobie alfabet, przyda się mi w genealogii). I cóż, kaszlę, przełykam gulę nie do przełknięcia, chichram się, mądrzę też od czasu do czasu, bo miałam podopiecznego one-to-one do przyciśnięcia. Oficjalnie złożyłam podanie o urlop, gdyż Bridżet się objawiła. Ciężki ma ten rok, bliscy jej umierali i pewnie to odchorowuje. Jak już nie można płakać, to można się śmiać, akurat trafiłam na taką atmosferę w kanciapie kadrowo-księgowej i się pośmiałam z Bridżet i Alis. Przy okazji odkryłam, że potrzebuję o jeden dzień urlopu mniej, bo Centrum jest wcześniej zamykane przed świętami. Fair enough.

Po powrocie do domu oczywiście robienie obiadu z oglądaniem w trakcie Louth Looking Good'23 (to ostatnie z powodu Katlin na którą natknęłam się otwierając drzwi z myślą, że Kochany już wrócił). Świekrze wysłałam trochę moich (w sensie: moimi ręcami zrobionych) zdjęć ze ślubu oraz opracowanie wyników mgr. To chyba wszystko na dzisiaj. Gardło gniecie. Ach, i jeszcze skończyłam czytać Bielmo (Agora, 2022).

niedziela, 13 lutego 2022

789. Łopot.

Śniłam, że był już czerwiec i zapomnieliśmy o festiwalu gitarowym Rory'ego :). Skąd mi ten sen, nie wiem. Obudził mnie deszcz za otwartym oknem i kot z petycją.

Od kilku dni trzymam się codziennych, krótkich sesji z duolingo, więc ...

— Kur**!, rzekę po raz któryś, głośniej, bo zapomniałam, że w niemieckim rzeczowniki zakończone na -tion są rodzaju żeńskiego (jak można zapomnieć o czymś takim?). Mąż podbiega z nożem (akurat robił obiad) i całusem. 
— Kocham cię, mówisz językami i na szczęście nie jesteś dziewicą koncentro ... konsekrowaną. 
— Ani konserwowaną, dodaję.

Pierwsza połowa dnia upłynęła z Janerką i Demarczyk. Fred zrobił obiad, zjadł wcześniej i pognał na zmianę do Blanchardstown. Wałkowałam genealogię (zaczyna to być taka bezmyślna odskocznia, jak układanie pasjansów). Rozmawiałam z mamą, która mi oświadczyła, że zaczęła się uczyć hiszpańskiego i ma na oku domek w Alicante. Bardzo słusznie. A na razie zamierza pracować tak długo, aż znajome-królika, które ostrzyły sobie zęby na jej stanowisko, zgrzybieją i pójdą na emeryturę. To też popieram, niech spadają młode prukwy. 

Wyrzucam sobie, że czytanie mi nie idzie, nie mogę się zmusić. Wymyślanie tematu pracy mgr też nie (we śnie miałam dobry pomysł, ale kiedy się obudziłam okazało się że taki nieszczególnie, w sumie rzucenie tego wszystkiego i wyjazd na festiwal Rory'ego było lepszym planem pod każdy względem). Czy mi zawsze deadline musi łopotać za uszami?

niedziela, 31 stycznia 2021

411. Flota zjednoczonych sił.

Ostatni dzień stycznia zaczęliśmy od sytego śniadania, płyty Voo Voo Łobi jabi (1993) i wpłacenia kasy na WOŚP. Mija 1/12 roku. Ryję w językach jak szalona, w międzyczasie, w przerwach herbaciano-kawowych rozmawiamy o imionach dla naszych drzew. Szaro, buro, siąpi. Wieczorem ogladamy Tysiąc zakazanych krzaków (2008), średni metraż z Lubosem, i słuchamy składanki najlepszych kawałków Śmietanki.
___
edit 22:05 Właśnie wysłuchałam Allegretto z siódmej symfonii A-Dur, op. 92, Beethovena w wykonaniu Wiener Philharmoniker z panem Bernsteinem. To teraz mogę iść spokojnie pod prysznic.

niedziela, 10 stycznia 2021

390. Nieco cieplej.

Sobotni mroźny spacer spowodował chyba, że coś mnie brało, bo na noc zapadłam w długą, pokrzepiającą śpiączkę przerywaną jaskrawymi, emocjonalnymi snami, których fabuły nie potrafię teraz przywołać. 

Po powrocie z zakupów spożywczych (dynia piżmowa się z nami przywiozła, będziem tworzyć) rozmawiałam z mamą i okazało się, że jest już nowe autko, mama kupiła sobie Suzuki. Tatko tymczasem zamierza naprawiać sprzęgło, więc samochodów finalnie będzie dwa.

Tymczasem u nas wsiowy spokój, nad ranem morska mgła odmieniła pogodę na szarą i cieplejszą, przynajmniej w porównaniu z ostatnimi dniami. Po Fredowym obiedzie obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Dyzmy, z kotem wpychającym się między nas i chrapiącym jak stary. Kończę niedzielę z duolingo i z zieloną herbatą, która ma sobie poradzić z wieczornym bólem żołądka (połączenie cipsików z litewskimi ciasteczkami to zuo)