W mijającym tygodniu mąż zainstalował w Kuchniosalonie podnóżek z szufladą do przechowywania różności (zaraz zapełniła się kocim żarciem), oraz wymienił pudło z przyborami kawowymi bez pokrywy na pudło z pokrywą. Te i inne zmiany koty wzięły w posiadanie: przybyło im legowisko na pufie, legowisko na kawowym przyborniku i jeszcze jedno legowisko na krześle, które teraz stoi dziwacznie zawieszone nad zadaszoną kuwetą.
Dla mnie wolna sobota, dla Kochanego dzień w pracy. Częściowo słonecznie, więc wyniosłam małe pranie do zimnego ogrodu. Rozmówki internetowe: dwa razy z mamą, gdzie byli, komu znicze zawieźli, oraz historią ze Stu jestem zainteresowana, jak się rozwinęła (szwagier z dziewczyną pojawili się, ugościli się, zabrali samochód i ruszyli w górę mapy); z Kochanym, który w pracy konsumuje na przerwie lunch.
Nie było okazji cmentarnej, więc podróż sentymentalną zrealizowałam inaczej, grzebiąc w genealogii tatki, przyglądając się jego dalszej rodzinie "po nazwisku": najstarsi byli Ignacy i Salomea, ale skąd oni, z której to Wyszyny, któż to wie. Poza tym nadrabiałam Emisię, zajrzałam też na jakieś podsumowanie dalszych sezonów grubych sióstr (już to nie dla mnie, ten poziom amerykańskiego prostactwa drażni mnie niemożebnie, pewnie to z powodu ogólnego przewartościowania w moim życiu, więc odcinek wchodzi ledwo ledwo; oczywiście, psychopatologia bywa ciekawa, ale męczy).
Przeczytałam króciutką historię To jest Ales Fossego (ArtRage, 2025), za dwoma posiedzeniami, porannym i wieczornym; to drugie, gdy Kochany rozmawiał z bratem, który już dojechał do Wawy (kolejny tekst w klimacie święta zmarłych :)) Sobota została przebimbana, za chłodno na spacer z wietrzeniem czerepu, więc mam teraz niedobór sensu.




