Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1000-lb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1000-lb. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

2146. Sobota przebimbana.

W mijającym tygodniu mąż zainstalował w Kuchniosalonie podnóżek z szufladą do przechowywania różności (zaraz zapełniła się kocim żarciem), oraz wymienił pudło z przyborami kawowymi bez pokrywy na pudło z pokrywą. Te i inne zmiany koty wzięły w posiadanie: przybyło im legowisko na pufie, legowisko na kawowym przyborniku i jeszcze jedno legowisko na krześle, które teraz stoi dziwacznie zawieszone nad zadaszoną kuwetą.

Dla mnie wolna sobota, dla Kochanego dzień w pracy. Częściowo słonecznie, więc wyniosłam małe pranie do zimnego ogrodu. Rozmówki internetowe: dwa razy z mamą, gdzie byli, komu znicze zawieźli, oraz historią ze Stu jestem zainteresowana, jak się rozwinęła (szwagier z dziewczyną pojawili się, ugościli się, zabrali samochód i ruszyli w górę mapy); z Kochanym, który w pracy konsumuje na przerwie lunch.

Nie było okazji cmentarnej, więc podróż sentymentalną zrealizowałam inaczej, grzebiąc w genealogii tatki, przyglądając się jego dalszej rodzinie "po nazwisku": najstarsi byli Ignacy i Salomea, ale skąd oni, z której to Wyszyny, któż to wie. Poza tym nadrabiałam Emisię, zajrzałam też na jakieś podsumowanie dalszych sezonów grubych sióstr (już to nie dla mnie, ten poziom amerykańskiego prostactwa drażni mnie niemożebnie, pewnie to z powodu ogólnego przewartościowania w moim życiu, więc odcinek wchodzi ledwo ledwo; oczywiście, psychopatologia bywa ciekawa, ale męczy).

Przeczytałam króciutką historię To jest Ales Fossego (ArtRage, 2025), za dwoma posiedzeniami, porannym i wieczornym; to drugie, gdy Kochany rozmawiał z bratem, który już dojechał do Wawy (kolejny tekst w klimacie święta zmarłych :)) Sobota została przebimbana, za chłodno na spacer z wietrzeniem czerepu, więc mam teraz niedobór sensu. 

niedziela, 12 stycznia 2025

1853. Wolny przepływ energii.

Ach, i słonecznie było przez chwilę. 

Całkiem sprawnie złożyłam nadkibelnik, nie wymagało to ekstra siły. Tylko nie przymocowałam go do ściany, Kochany zatrudni wiertarkę w wolnym czasie, jeśli w ogóle. Przy robieniu obiadu (wcześnie zaczęłam, sos do fusilli może poczekać, zresztą nawet lepiej, gdy się trochę przegryzie) obejrzałam Śmierć ma okna (1961) z Margaret Rutherford (ona i jej mąż, postacie nadzwyczaj interesujące). Nie mogłam natomiast obejrzeć grubych sióstr nawiedzających UK — nie mogłam, gdyż mnie odrzucało, dziewiąty odcinek szóstego sezonu jeno przeklikałam. Bardzo ciekawe, nagle i niespodziewanie, może to z początkiem 2025 (nowy rok, nowa ja ^..^) moja tolerancja na głupotę i ostentacyjne prostactwo radykalnie spadła. Coś jest na rzeczy, kilka dni temu skazałam na banicję z FB dwie dalekie znajomości, które zawalały mi feed politycznymi durnotami. Klik lub dwa, poof. Jakaś okropna matka dzieciaka, którego kiedyś uczyłam. Jakiś kolega z SP, którego nie widziałam lat 35 i pewnie już nie zobaczę.

Katlin o mnie pytała, nie widziała mnie od powrotu (na spacery nie chodzę, tylko łażę do pracy, albo nawet przemykam). Na tyle zamulałam, że dopiero teraz przyjrzałam się jej prezentowi podchoinkowemu. Mała, ruda plecakotorba firmy Roka, zrobiona (jak głosi etykieta) z recyklingu plastikowych butelek. Świetnie, użyję jej jutro (stary plecak, który też zresztą dostałam od Katlin 3 lata temu, idzie do przepierki).

Zanim jeszcze moje Kochanie wróciło do domu, zadzwoniłam do rodziców, zapytać jak bardzo ich przysypało. Rzeczywiście biało, ale dają radę, mama w porządku, albo kłamie, tatko nadal smarka, Malineczka nie za bardzo chce jeść, atoli jak się ma lat 100, wiadomo, że lekko nie jest i każde ziarnko grochu gniecie. Obiad, rozmowy, prysznic, lektura (Iwasiów wciąga umiarkowanie).

sobota, 9 listopada 2024

1789. Szaroburość Wielka.

Od rana pogoda niewspierająca. Zachciało mi się sałatki jarzynowej, więc ignorując głód zaczęłam ciachać to i owo, i zjadłam śniadanie dopiero, gdy sałatka była gotowa. 

Z rzeczy miłych: revenue się do mnie odezwało, przyporządkowali mi ulgi podatkowe do obydwu zatrudnień, powinnam to chyba odczuć już przy następnej wypłacie (łącznie ze zwrotem nadpłaconej kasy). Yay! niczego nie zrobiłam, ale odebrałam tę wiadomość jako własne osiągnięcie.

Poza tym żadnych sukcesów, Fred również znękany rzeczywistością (i miał nawet lepszy powód, był w pracy); do książek się nie zbliżam, bo nos; obejrzałam początek szóstego sezonu grubych sióstr i odcinek o obsesyjnym zbieractwie. Może jedno śmieszne zdarzenie: przeglądam akta zgonów pisane cyrylicą, tylko rzucam okiem przytłoczona ilością, kilka roczników w jednym, gigantycznym pliku, intensywnie myślę Jadwiga Stelmaszczyk Jadwiga Stelmaszczyk, ile tu nazwisk, nie chce mi się; wchodzę w końcu na jaką bądź stronę indeksu, przybliżam randomowy słupek ręcznej dłubaniny na dowolnej stronie z czterystu, przybliżam jeszcze bardziej, zostaje mi 7-10 nazwisk, pierwsze które odczytuję brzmi ... Jadwiga Stelmaszczyk, akt 22/1893. Nie jestem z nią spokrewniona. Była pierwszą żoną mojego prapradziadka, Feliksa. Zmarło się jej w marcu, pewnie zima była ciężka. Dwa miesiące później Feliks ożenił się z moją praprababcią.

środa, 7 lutego 2024

1514. Skoki.

W Centrum tylko z Lukiem Niebożątkiem (Kalem wpadł na moment, żeby się przywitać i poopowiadać what's the craic). W ciągu dnia trochę niefajnie się poczułam i po przerwie na lunch zaszłam do Hickeysa, żeby mi zmierzyli ciśnienie. 136/85. Czyli nie chodzi o ciśnienie, ale koleżanki się przejęły. Po krótkim wahaniu skorzystałam nawet z propozycji podwózki do domu (ogólnie nie było tak najgorzej, zakończyłyśmy dzień pracowniczy plotami o chorobach brytyjskiej rodziny królewskiej).

Kochany u rodziców, rozpieszczany obiadem i pychotkami. Był też u fryzjera (bardzo podoba mi się docinek Grubiutkiej, po tym jak powiedzieliśmy sobie "kocham cię" na do widzenia: To młode małżeństwo, widać; Fred ma swoją opinię na temat "staruszki": Sypniemy garść ziemi na jej kurhan … ewentualnie).

W temacie samochodu, chyba wyklarowała się nam górna granica przedziału cenowego, której nie przekroczymy.

Żeby tak od razu nie zapaść się w książki, poszłam do Tesco w Szkocji i zakończyłam oglądanie piątego sezonu opowieści dziwnej treści o grubych siostrach z Kenctucky. Jeszcze zdalna wizyta w domu rodzinnym i wieczorna inspekcja wszystkich śpiących zwierząt.

środa, 31 stycznia 2024

1507. Najdobrzej.

Znowu nie pozbierałam mózgu na tyle, żeby w nocy zapewnić sobie komfortową temperaturę snu. Na szczęście w ciągu dnia aura zmieniła się na bardziej irlandzką: leje, jest cieplej (kilka lat temu nie uwierzyłabym, że deszcz może poprawiać nastrój). Wygląda też na to, że podczas nieobecności Freda przejdę na dietę bezmięsną (na tę chwilę w lodówce mam same falafele, sery, jogurty i zieleninę). 

Z Kochanym rozmawialiśmy dopiero pod wieczór; małżonek dzień miał przyjemny i aktywny (spotkał się z Tadkiem, dużo rozmawiali, spacerowali z psem i ogólnie było bardzo miło). Trzeźwe spojrzenie na życie, właściwe wybory, ostrożne stawianie kroków ... Gdy Fred zafascynowany przyglądał się dalekim światłom na zboczu Śnieżki, pewnie właśnie transportowano tych dwóch nieszczęśników, którzy zsunęli się wczoraj w Kocioł Łomniczki ze szlaku na którym nie powinno ich być. Dlaczego ludzie to sobie robią?

Jeszcze chwilę porozmawialiśmy jacy z nas są szczęściarze i każde poszło do swoich spraw drobnych — Kochany do pakowania butów dla szwagra, ja do robienia kolejnej herbaty, brzuszków i powolnego przemieszczania się w kierunku sypialni. Dooglądałam najnowszy odcinek opery mydlanej grubych sióstr z Kentucky, poza tym głównie czytanie.

***

I po styczniu ...

poniedziałek, 29 stycznia 2024

1505. Droga powrotna.

Czuję wewnętrzny sprzeciw, rzekł Fred zerkając z łóżka na zegar ścienny. Jak na złość pogoda była ładna, zachęcała do niespiesznych ruchów; moglibyśmy się gdzieś przejść zamiast latać bez sensu, ale czas mnie gonił. Mama zostawiła mi na kuchni pomidorową (tak jak to robiła kiedyś babcia Mania), już przed dziesiątą wyjadłam z pół gara i wyruszyliśmy z Kochanym (ja spakowana w jeden plecak, Kochany z myślą, że wraca po tatę).

Sytuacja lotnicza bardzo przyjemna — wszystkie środki lokomocji na czas. Najpierw Fred dowiózł mnie do lotniska prawie bez przeszkód (karetka, która nas wyprzedziła, miała stłuczkę na własne życzenie), kawa, rurka z bitą śmietaną, uściski i całusy. Samolot wyleciał o czasie i przyleciał na miejsce z zapasem odpowiednim na tyle, że po wyjściu z portu lotniczego nie spóźniałam się na żaden autobus. W czasie podróży zaczęłam czytać Chrześcijaństwo tandemu Nowak/Ziemiński (Prószyński i S-ka, 2023). Oprócz tego wzięłam ze sobą jeszcze tylko jedną książkę, stare Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej Levacka (to był mój drugi prezent od Izy na osiemnastkę, nigdy nie przeczytany; dlaczego? nie pamiętam, chcę to nadrobić).

W Irlandia mżawka, słońca brak. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po wejściu do domu było nastawienie termostatu na odpowiednią temperaturę, drugą odszukanie w schowku ogrodowym pożyczonej pułapki na myszy i odniesienie jej do Anne (której akurat wysiadł bojler).

Od Freda wiedziałam, że w czasie mojej podróży nadeszła paczka z Helsinek. Nie było jej jednak pod drzwiami, pod domem nie było też samochodu Katlin. Sąsiadka zapukała, gdy akurat jadłam pierogi, i wręczyła mi pakunek. Meindle są zjawiskowe, czerwieńsze i wygodniejsze, niż to sobie wyobrażałam (już mam w głowie marzenia, gdzie w nich idę razem z Kochanym). 

Jak nigdy, zaskoczyła mnie różnica w ciśnieniu atmosferycznym — jeszcze dłuższy czas odczuwałam zdenerwowanie, które stopniowo przeszło w zmęczenie. Obiad i siódmy odcinek 1000-lb Sisters średnio mnie zrelaksowały. Postanowiłam wskoczyć wcześnie pod kołdrę, żeby pomóc sobie w unormowaniu pikawki.

W tym czasie małżonek w Polsce odjaniepawlił bardzo ważną rzecz: pomógł rodzicom zwiać przed kolędą. Najpierw wziął tatkę na cmentarz w Hochkirch, a gdy mama skończyła pracę, oboje zaprosił na obiad do Mozzarelli i na kawę do Kota.

Długi poniedziałek kończę planem minimum: spróbuję się wyciszyć i uratować przesuszoną bazylię, przestawianie kamieni musi poczekać do jutra.

piątek, 19 stycznia 2024

1495. Zimne nóżki.

Sporo było dzisiaj przechadzki po zimnie. Kochany zawiózł mnie rano do pracy, po czym odstawił autko do mechanika. Po południu zdążyliśmy zjeść obiad w CG i dojść do warsztatu, a samochód nadal nie był gotowy. Wróciliśmy więc inną drogą do miasta (przez Cord Rd), żeby zatrzymać się na moment w B&B. Kupiłam Fredowi duże cappuccino, dla siebie zamówiłam małe w papierowym kubku, bo za 10 minut musiałam ruszać dalej.

Po powrocie z pracy zakopałam się pod kołdrę z kubasem gorącej, zielonej herbaty i nie spoczęłam dopóki nie skończyłam czytania ebooka Joanny Podgórskiej, Tak działa mózg. Jak dobrze dbać o jego funkcjonowanie (W.A.B, 2023). Długo dochodziłam do siebie, merdałam palcami pod kołdrą do ósmej, w międzyczasie nadrobiłam szósty odcinek 1000-lb Sisters, i inne takie (Gosia ze Szkocji, Ask a Mortician)Późniejszym wieczorem napocznę pewnie Japoński wachlarz Joanny Bator (Znak, 2021); czytnik już podładowany.

Kochany bardzo zmarzł i spóźnił się do pracy półtorej godziny (łożyska jednak wymienione i podobno nie wydają już tych niepokojących dźwięków; ale chyba trzeba znaleźć innego mechanika, mniej zjaranego marihuaną), poprosił mnie o zostawienie mu gdzieś na widoku polopiryny, żeby nie musiał jej szukać, gdy wróci.

piątek, 12 stycznia 2024

1488. Ogłuszenie.

Potrzebowałam wolnego, to sobie zrobiłam. Coś mnie pokonało, nie wiem co, ale wstałam dopiero po dziesiątej, czegoś się napiłam, coś zjadłam, jeszcze chwilę bez sensu wędrowałam po domu, wróciłam do sypialni czytać o GABA, acetylocholinie i o zazębianiu się otyłości z depresją. Kochany wrócił tak, jak zapowiadał. Akurat spałam, chyba się przywitałam, potem nie wiem, ale jak poszłam do łazienki, to się okazało, że pod zlewem stoi nowa szafka (to już druga szafkopółka kupiona przez męża w tym tygodniu, pierwsza stoi przy lodówce). Fred kupił też dwa kaszmirowe sweterki dla dziewczyn Wu (trzeci, szary, sploty, Cynthia Rowley, dostał się mnie) oraz zrobił obiad. Lampiłam się trochę w internaty (piąty odcinek 1000-lb Sisters), rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach i obejrzeliśmy razem pierwszy w tym roku odcinek Gosi ze Szkocji (w międzyczasie do Kochanego zadzwonił Perlisty, tak sobie pogadać). Małe wakacje od rzeczywistości. Prysznic i wracam do lektury.

czwartek, 4 stycznia 2024

1480. Dzień czwarty.

Wstałam o siódmej (miałam poleżeć dłużej, ale w pięć minut uznałam to za bezcelowe przeciąganie nudnej sytuacji), napiłam się zielonej herbaty, zrobiłam dobre śniadanie (dwa jajka, mozzarella, pomidorki), wstawiłam Fredowe pranie (potem nawet wywiesiłam je na trochę w ogródku), na deser mała kawa i trochę winogron (walczę z podjadaniem słodkości). W końcu wyszłam na spacer:


Mimo słońca odczuwałam chłód większy niż wczoraj i zamiast do rumowiska doszłam tylko do zakątka z kamieniami. Pół godziny po jedenastej byłam już z powrotem -- po drodze spotkałam Amber (pod sklepem, przez moment myślałam, że to Rysio), a pod domem Bána, wiecznego optymistę (niczym go nie częstuję, ale i tak podbiega z powtarzalnym entuzjazmem).

Dokończyłam oglądanie miniserii Cover Her Face, a ponieważ wiem, że polecany przez Hebiusa drugi sezon nowego Dalgliesha zaczyna się od adaptacji powieści Death of an Expert Witness, postanowiłam najpierw obejrzeć wersję z Marsdenem (zerknęłam na jeden odcinek, w którym nawet jeszcze nie zginął ten, kto powinien). Zrobiłam prasowanie i obiad. Gdzieś pomiędzy nadrobiłam całkiem świeże dwa pierwsze odcinki piątego sezonu 1000-lb Sisters (prawie cały czwarty sezon przegapiłam bez żalu). Sporo dzisiaj tego lampienia się w ekran. Kochany wrócił zmęczony, zjedliśmy obiad, pogadaliśmy; herbata, ćwiczenia, prysznic, lektura, spać.

niedziela, 22 stycznia 2023

1133. Kontynuacja obiboctwa w zasadzie.

Miałam w głowie pewien plan tego, co chcę dzisiaj zrobić. Stało w nim, że Fred w południe wybywa do pracy i mogę poszaleć z czytelnictwem. Niestety, Leniuszek We Mnie ma się nadspodziewanie dobrze. Wprawdzie dooglądałam sporo nagrań z kursu trenerskiego i ogarnęłam prasowanie bielizny zerkając przy okazji na 18.04 Midsumer, ale z resztą bojowych zamierzeń już gorzej. Zdrzemnęłam się epicko (obok kota), zamiast kończyć czytanie Koralewicz. Miałam zamysł zrobienia końcowych poprawek do kwestionariusza i wysłania linka do promotorki, ale zostało to w moim leniwym łbie przełożone na jutro. Za to uświadomiłam sobie, że jest czwarty sezon 1000-lb Sisters i nie mogłam sobie odmówić. Podglądałam też jak Karolina kontynuowała głowienie się nad remontowaniem swojego mieszkania. W taki sposób niedziela minęła, a u mnie wszystko (ależ bądźmy optymistami!) dużo rozbabrane. Kochany pracuje niedaleko i liczę na to, że wróci do domu przed północą. Myję zęby i idę czytać książkę.

wtorek, 1 lutego 2022

777. Jak uratowałam kota.

Fred uważa, że to jest dobry tytuł na dzisiaj :)

Noc była ciepła, Ryszarda nie widzieliśmy wczoraj po powrocie z Drołdy, ani dzisiaj rano, za to w nocy słyszałam jak ktoś wszedł przez okno i wyjadał chrupki z kociej miseczki. Zwidy? Gdy tylko po południu przyjechaliśmy z miasta, zadzwoniła do nas miła pani z wiadomością, że Ryszard prawdopodobnie chce pracować w aptece, bo już dłuższy czas siedzi u nich na oknie, przy głównej ulicy. Podjechaliśmy po niego samochodem, kot ucieszył się na mój widok jak zgubiony dwulatek, a w drodze powrotnej z zainteresowaniem wyciągał głowę przyglądając się okolicy. W domu najadł się po uszy, opił wodą z miseczki i zapadł w letarg. Istnieją dwa logiczne wytłumaczenia tej sytuacji: poszedł na pierwszą wiosenną imprezę, wystraszył się jakiegoś zwierzęcia i bał się wracać znajomą drogą, albo zaszkodziła mu kocimiętka ze starej zabawki, którą mordował wczoraj rano. Kot na tripie? Nie od dzisiaj wiadomo, że tym, którzy twierdzą jakoby trawa była nieszkodliwa nie warto wierzyć.

Pracowniczo jak wczoraj, miałam czas męczyć Autorytaryzm Radkiewicza. Lorejn dała mi wcześniej wolne, i już w porze lunchu powędrowałam na główny deptak, do Caffè Nero. Spróbowałam sausage roll bez sausage (wegańska wersja), poczekałam na Freda przy kawie, potem razem z Kochanym dopiliśmy nasze kofeiny rozmawiając i słuchając muzyki. 


Po powrocie do domu czułam się wystarczająco zrelaksowana, żeby nadrobić oglądanie odcinków 1000-lb Sisters (trzeci sezon skończył się wczoraj). Słuchaliśmy Kultu, przyglądałam się śpiącemu kotu ... mały drań, co tam się kotłuje w jego głowie?

Martwi mnie też mama, ciągle śpi, gdy dzwonię do domu — nie doszła do siebie po ostatnich wichurach. Na mnie wiatr nie robi żadnego wrażenia, więc to trochę jak z Ryszardem, nie do końca czuję, co tam dzieje się jej w zwojach.

Sukcesem dnia jest ponowne zawieszenie rolet, dwa miesiące po tym jak spadły (ależ ten czas leci ;)). Powiedzmy, że uczciliśmy Imbolc. Trochę powiszą, gdy znowu spadną, pomyślimy co dalej.

wtorek, 11 stycznia 2022

756. Za stara? Never.

Torba z laptopem do ręki i ziuuu o poranku. Zostawiłam Kochanego w spokoju, bo nawet nie wiem o której wrócił do domu, a dzisiaj znowu ma nieprzewidywalną zmianę. 

Były pierwsze w tym roku pogaduchy przy kawie z Beth, przy czym obydwie byłyśmy w pracy, czy to nie świetne? (Paul zachwala jakieś miejsce w Północnej, gdzie dokazywali z Beth z okazji czternastej rocznicy). Chłodno, ale jasno i nie pizga, powrót z laptopowym obciążeniem nie był aż taki upierdliwy, nawet z przyjemnością skręciłam do Lidla. Z poczuciem bycia królową tego zakątka, spokojnie, z papierowym kubkiem kawowym w dłoni i biletem powrotnym w kieszeni, domaszerowałam na dworzec.

W domku czekały na mnie pulpety wołowe w sosie pomidorowym (pozostawione dla mnie przez Kochanego) i powrót kota-torpedy (z parapetu domu Judżina). W internetach porozmawiałam chwilę z podłamaną Marchwą, zagadałam też do Grażki, zaskoczona faktem, że ostatni kontakt miałyśmy w roku dziewiętnastym. Oczywiście obietnicę składam, że się zobaczymy na kawie, gdy będę w pobliżu. 

Po seansie Smoky Mountain Meltdown rodziny wagi ciężkiej, jeszcze trochę studyjuff. Czy jesteśmy na to wszystko za stare, jako Marchwa sugeruje? A gdzieżby.

piątek, 24 grudnia 2021

738. Wilija.

Wyjechaliśmy z domu o szóstej, pod księżycem w lisiej czapie. Morze zapowiadało sztorm, ale lot był szybki i bezstresowy (m.in. dlatego, że Polaka, który bez maski, ewidentnie pod wpływem używek lub głupoty, nienaturalnie podekscytowany zabawiał każdego pasażera anegdotkami, straż lotniska zwinęła, thank gods, zanim zdążył wejść do samolotu).

Lotnisko we Wrocławiu przywitało mnie śniegowymi chmurami, dom przywitał się wodą ze śledzia. I właśnie, gdy weszłam do środka, uświadomiłam sobie, że zostawiłam nasz domek w Irl w stanie kompletnego bajzlu. Przepraszam, Kochany.







Prezenty pootwierane (wzór na szalu taty faktycznie jest identyczny z tym na zimowym kubraczku Maksia), kolacja zjedzona, sprawy obgadane. Mama zafascynowała się drzewami na MyHeritage i stworzyła własne, zaś mój Tweedowy Fred połączył się ze mną przed ucztą wieczorną u Ka&Jot. Miałam ambitne plany słuchania dalej Fausta (w samolocie przeniosłam się do trzeciego akapitu), jeszcze nie tracę nadziei, ale na teraz wylądowałam w moim starym szlafroku przed telewizorem nadającym Siostry wielkiej wagi (to polski tytuł 1000-lb Sisters). Za oknem pada śnieg.

środa, 22 grudnia 2021

736. Braterstwo skarpet.

Początek zimy rozgrzebał się deszczowo, nawet kot niechętnie wychodzi na dwór, raczej leżakuje w łóżku lub na parapecie. Wietrzna i mokra pogoda nie skusiła mnie dzisiaj do wyjścia, Fred wyjechał tylko po zakupy spożywcze, prezenty na parawigilię już ma (dla Jot bluzeczkę w kwiatki, dla chłopaków FIFA22).

Fausta Goethego znalazłam w wydaniu wolnychlektur.pl (2020), wysłuchałam pierwszej części. Dla równowagi głębi nadrobiłam dwa odcinki 1000-lb Sisters (po wtorkowej niedyspozycji nie pozostało śladu, ale nie chcę przesadzać z rzucaniem się tak od razu na romantyzm).

Chodzimy z Kochanym w skarpetach od Aś, ja we wrzosowych, Fred w niebieskich. Z pakowaniem się i odprawą czekam do jutra, na razie nawadniam się i przeglądam drzewo geneaologiczne.

czwartek, 2 grudnia 2021

716. Hibernujący jeż i inni.

Taki oto jeż o imieniu Błajan:

Krótko po południu dorzucając ziaren do karmnika zorientowałam się, że pogoda jest całkiem przyjemna, stąd wyniknęła chętka na spacer, rozmowa z Ethanem o hibernującym jeżu oraz chat z Katlin do której po kilku minutach dołączył nasz kot:

Wzięłam drania pod pachę i odstawiłam do domu, bo naprawdę byłam już stęskniona za samotnym wyjściem nad morze (Fred ma dzienną zmianę w miasteczku obok). A tam piękny, spokojny odpływ:

Podobnie jak wczoraj, przez większość dnia nucę My Lovely Horse. Przypominam sobie, żeby nadrobić oglądanie odcinka 1000-lb Sisters i porozmawiać z rodzicami o stanie Mruczysława (jest poprawa).

Listonosze byli dziś jak domokrążcy, jeden przyniósł Fredowi bordowe Conversy (stare, bordowe trampy z dziurą idą na śmietnik), drugi zostawił pod drzwiami testy DNA z MyHeritage. W związku z tym tak sobie z Marksistką rozmawiamy:

No i cóż, pobrałam próbki, mam nadzieję, że wystarczające (potrafię się zestresować takimi myślami), posadziłam Fredowi szczepkę jego własnego drzewa i bujam się do płyty Showbiz Kidz: The Steely Dan Story 1972-1980 (2000). Kochany już w łóżeczku, zmęczony dzisiejszą szychtą w Drołdzie. Jutro do pracy ja, trzeba mi więc iść spać, brać przykład z kota.

środa, 24 listopada 2021

708. Środek tygodnia.

Wczoraj zostawiłam w Centrum bezprzewodową myszkę do laptopa, a że nie jestem fanką smyrania touchpada, z czeluści walizeczki na nieużywane dingsy wyciągnęłam mysz przewodową, co mi teraz świeci blink blink.

Zrobiłam trochę francuskiego z ESKK. Poziom średniozaawansowany jest dla mnie trudny, ale sama chciałam, to mam. Od różnicy pomiędzy pisownią i wymową flaki mi się przewalają. 

Z innych rzeczy, przy śniadaniu oczywiście rozmawiałam z Fredem przez messengera, od słowa do słowa wyszło, że jemu także kupię test DNA z MyHeritage. Nosiłam się z tym zamiarem od dłuższego czasu, jeszcze przed rozmową na ten temat z Marksistką. Będziem się badać skund my, gdyż jest akurat korzystna oferta czarnopiątkowa. Bardzo się tym podjarałam, zapłaciłam za dwa pakiety i popołudnie spędziłam na przeglądaniu drzewa genealogicznego. Dopiero wieczorem złapałam kontakt z rzeczywistością i wplątałam męża w niunianie Niuni — koteczka przyszła się przytulić, pomruczeć, a to nie jest takie hop siup, bo Niunia wartość swoją zna i się z byle kim nie zadaje. Fred już chyba spakowany, jutro wraca, zleciało jak z bicza.

Podsumowując, dzień bez wydarzeń, z mała przerwą na grube siostry, ale tak lubię. Ryszard od pół godziny leży mi obok nóg w pozie wyczekującej na zgaszenie światła. Kobieto, kiedy idziesz spać?

środa, 17 listopada 2021

701. Zamięszanie.

Poranek rozjaśniła nam wiadomość, że kuzyn Freda dostał wyrok za pikietowanie z wymachiwaniem zdjęciami uszkodzonych płodów. Wyrok nie jest prawomocny, ale przybiliśmy piątkę. Brawo wrocławski sąd!

W pracy powtórka z rozrywki, pogadałam sobie z Conorem od matmy, trochę z Beth i polazłam do Lidla, Kochany mnie stamtąd zwinął już podekscytowany wizją podróży. 

Krótko przed wyjazdem małżonka na dworzec zawitała do nas rachmistrzyni z An Príomh-Oifig Staidrimh (wywiad trwał z 10 minut). Tymczasem stylówa na podróż:

Kaitlin czerwonym żuczkiem życzliwie przemieściła mi Freda ze wsi do miasta i w taki to sposób pusto się zrobiło w naszym domu. Wieczór wypełniło mi robienie gulaszu. Dzielna jestem bardzo, bo o ile lubię jeść surową cebulę, źle znoszę jej smażenie, a trzeba było obrać, pokroić i podszklić cebul pięć. Przeżyłam, zrobiłam ujowy gulasz i obejrzałam pierwszy odcinek nowego sezonu 1000-lb Sisters, byle jakoś zeszło do lądowania samolotu w Polsce. Obok mnie w łóżku Ryszard, wcześniej trochę pochodził w świetle księżyca i zjadł dwie dokładki kolacji na smutki. Nastawia teraz uszy, rozważa niejasną sytuację.

wtorek, 9 marca 2021

448. Wszystkie okazje.

Śnią mi się jakieś androny, jak zawsze, gdy niby jestem spokojna, ale wewnętrznie spięta. Tymczasem dzień pracowniczy przebiegł przyjemnie i bez wybojów. Poznałam bliżej Luizę i Caron, oraz Deana i Dionę. W trakcie miałam długą przerwę, więc nawet chwilę połączyłam się z Martaszką, żeby zapytać, co tam u niej. U niej wiele się nie zmienia.

W ciągu dnia wzmagał się wiatr. Jutro mamy się spodziewać sztormu, który zawija do nas od zachodu. Fred w czasie mojej pracy pojechał po zakupy i przywiózł mi piękny bukiet róż z wszystkich okazji. Mimo wszystko jestem tym siedzącym dniem trochę poturbowana, więc najpierw dla relaksu obejrzałam wczorajszy odcinek 1000-lb Sisters, który kończy ten sezon, a potem Fred wynalazł mi w sieci Konesera (2013). Bardzo pięknie sfotografowany film, aczkolwiek konstrukcja nieco rozlazła. Wybaczam, bo ma fajne zakończenie, nie to, tylko to wcześniejsze.

edit 23:00 z Fredem trochę poprawiamy ten scenariusz, panie Tornatore.

wtorek, 2 marca 2021

441. Już marzec?

Trochę mnie zaskoczył :) 

Brałam udział w drugiej części kursu Child Protection, zajęło mi to kawałek popołudnia. W tym czasie na zapleczu nie objętym czujnym okiem kamery Fred zrobił sobie obiad, posłał mi całusa i wyjechał do pracy. Pośród drobnych robótek domowych wygłaskałam kota i obejrzałam kolejny odcinek 1000-lb Sisters, w którym Amy urodziła Gage'a. Nie wiem jaki algorytm zawiódł mnie do wykładu Marka Jacksona dla The Royal Society o społecznym pochodzeniu kryzysu wieku średniego, ale to nim kończę dzień.

wtorek, 16 lutego 2021

427. Dzień naleśnikowy.

Przy błahej okazji zaczerpnęłam haust świeżego powietrza  i zamiar sam się powzioł — po obiedzie, gdy Fred wyposażony w napoje udawał się w kierunku Bray, wyszłam nad morze po prawie trzytygodniowej przerwie w samotnych przechadzkach. Temperatura zapowiadała się na 12°C, więc założyłam tylko jedną kurtkę i słusznie, wróciłam upocona jak mysz. Po drodze złapał mnie wiosenny deszcz, była więc i tęcza, szczyt przypływu, wybrzeże zmienione, na wydmach widać ślady po ostatnich sztormowych dniach.

Jeszcze przed spacerem zadzwonił do mnie tatko, jak zwykle pełen optymizmu. Razem z Fredem przez kamerkę pomachaliśmy babci Mani, która czeka i czeka, aż się u niej zjawimy.

Jest dalszy ciąg przygotowań do nowej pracy, Katrina poinformowała mnie esemesem o datach kursu z child protection. Jestem pewna, że miałam go przed pracą w Newry, ale to bez znaczenia. Druk z kontem bankowym wypełniony i wysłany.

Dokończyłam W świecie Jane Austen, a skoro i tak już szorowalam po dnie, obejrzałam także najnowszy odcinek 1000-lb Sisters. Dziś pancake day, wykorzystałam przeterminowane mleko w ostatnim momencie (tak naprawdę to moment minął, mleka nie wąchałam, ale naleśniki wyszły dobre), a potem, pałaszując pancakesy, poddałam się pasji — znalazłam spisy ludności z 1790 roku, będę zapewne do późna ślęczała szukając nazwisk i numerów domów.

Poniżej, mój spacer: