Dawno nie było takiego poranka, względnie ciepłego i z pierwszymi, jeszcze zaspanymi piosenkami drozdów dobiegających z żywopłotów. Niestety, trzeci raz pod rząd rano z kranów nie leciała woda. Bryndza bardzo. Kieruje tym tajemnicza logika: woda znika w nocy, ludzie dzwonią, woda się odnajduje po późnym śniadaniu i ponownie zawierusza się przed północą. Hm. Pracowniczo dzień leniwy, mamy nową stażystkę, młodzież dłubała sobie w cv, poza tym nie działo się nic ekscytującego ... każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, jak to mi ładnie w mocnej szmince (w sobotę Žydrūnė powiedziała mi, jakobym zainspirowała ją do bezceremonialnego makijażu ust, influenserka ze mnie; do Maison Marais doszła nieco delikatniejsza Bewiching Coral).
Przyniosłam materiały od Gronji (kot mi je właśnie wyleguje, żeby pachniały domem), więc jutro pracuję zdalnie. Po drodze na dworzec wpadłam jeszcze na Sziwan, dobrą dziewczynę, tak jak na nią wpadają ludzie z Drołdy: co tam, ładnie wyglądasz, robiliśmy to i to, see you on Friday. W drodze powrotnej jaśniej, dnia przybywa, głowa się cieszy. Krokietów się mi zachciało i barszczyku, to się ożarłam kupnych, samotniczo, bo Fred pod Dublinem do późnych godzin nocnych. Wysłałam doktor Pierzastej poprawiony kwestionariusz i zajrzałam na zadania zaliczeniowe kursu trenerskiego, a nawet zaczęłam coś przy nich dłubać, choć to głupoty (a jak głupoty, dobrze byłoby pchnąć to szybko, żeby mi nie zasłaniało widoku, myślę sobie ... o proszę, jakie nowe podejście, dawniej zamiotłabym pod dywan, mama byłaby ze mnie dumna). Zmęczona jestem nie wiadomo czym, pewnie chwilę poczytam, potem zapadnę się w kołdrę słusznie naśladując kota, który z croissanta rozwinął się w asymetryczny naleśnik.




