Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siobhan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Siobhan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2023

1134. Dzień influenserki.

Dawno nie było takiego poranka, względnie ciepłego i z pierwszymi, jeszcze zaspanymi piosenkami drozdów dobiegających z żywopłotów. Niestety, trzeci raz pod rząd rano z kranów nie leciała woda. Bryndza bardzo. Kieruje tym tajemnicza logika: woda znika w nocy, ludzie dzwonią, woda się odnajduje po późnym śniadaniu i ponownie zawierusza się przed północą. Hm. Pracowniczo dzień leniwy, mamy nową stażystkę, młodzież dłubała sobie w cv, poza tym nie działo się nic ekscytującego ... każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, jak to mi ładnie w mocnej szmince (w sobotę Žydrūnė powiedziała mi, jakobym zainspirowała ją do bezceremonialnego makijażu ust, influenserka ze mnie; do Maison Marais doszła nieco delikatniejsza Bewiching Coral). 

Przyniosłam materiały od Gronji (kot mi je właśnie wyleguje, żeby pachniały domem), więc jutro pracuję zdalnie. Po drodze na dworzec wpadłam jeszcze na Sziwan, dobrą dziewczynę, tak jak na nią wpadają ludzie z Drołdy: co tam, ładnie wyglądasz, robiliśmy to i to, see you on Friday. W drodze powrotnej jaśniej, dnia przybywa, głowa się cieszy. Krokietów się mi zachciało i barszczyku, to się ożarłam kupnych, samotniczo, bo Fred pod Dublinem do późnych godzin nocnych. Wysłałam doktor Pierzastej poprawiony kwestionariusz i zajrzałam na zadania zaliczeniowe kursu trenerskiego, a nawet zaczęłam coś przy nich dłubać, choć to głupoty (a jak głupoty, dobrze byłoby pchnąć to szybko, żeby mi nie zasłaniało widoku, myślę sobie ... o proszę, jakie nowe podejście, dawniej zamiotłabym pod dywan, mama byłaby ze mnie dumna). Zmęczona jestem nie wiadomo czym, pewnie chwilę poczytam, potem zapadnę się w kołdrę słusznie naśladując kota, który z croissanta rozwinął się w asymetryczny naleśnik. 

środa, 20 kwietnia 2022

855. Dzień z garbem.

Zaczął się od niedorzecznego snu z Ka, który brodził w rzece, kotem pomagającym pająkowi i Stanleyem, który postanowił do nas wpaść. W pracy cisza jak makiem zasiał, Saren i Sziwan z półtorej godziny nawijały o menopauzie i swoich lekomaniach, dużo śmiechu z tego było (ale już bez żartów magnez365 sobie zakupię). Wróciłam z miasta z kawą (gdyby chodził tędy Joyce, jedna obserwacja przedpołudniowych żulików na West St starczyłaby mu na nowelkę) i klikałam na laptopie do trzeciej. Grejs mnie uśmiechnęła mówiąc, że więcej niż 29 by mi nie dała. Zabawna dziewczyna, z najciemniejszymi rękami od pomarańczowego samoopalacza, jakie w życiu widziałam.

Kochany czekał na mnie tym razem pod remontowanym właśnie największym gołębnikiem Europy. Pojechaliśmy po czosnek do Lidla (na mężowski obiad), lawendę do Woodiesa (kupione zostały cztery angustifolie: hidcote, munstead, vera i essence purple) oraz na krótką włóczęgę po ogrodzie za murem. Od razu na parkingu rozbawił mnie gość na rowerze, który kończąc rozmowę ze znajomymi, zagadał mnie, bo na niego spojrzałam. Taki tu zwyczaj, kocham ten kraj (a że miałam akurat usta pełne krłasanta, to dygnęłam tylko głową do góry i zrobiłam uśmiech z bułką w otworze gębowym).





Niektóre drzewka owocowe w pełnym rozkwicie, u dinozaura też już się zazieleniło. Siedzieliśmy trochę w ciepełku na ławeczce, znowu pan musiał za nami wołać, że zaraz zamyka :D W drodze do domu zadzwoniłam do tatki, żeby mu pokazać prowincję w słonecznej poświacie, a tu wiadomości przykra: Maciej jest u weterynarza, dalsze badania pokażą, co mu dolega. To i tak lepiej niż u poprzedniego weta, który podpowiadał uśpienie. Na razie kroplówki, chociaż może to już koniec. Pokazałam tacie na pociechę nasze jabłonie (tata jest autentycznie ciekawy takich rzeczy, rozmowa o drzewkach owocowych sprawia przyjemność). Nom, mam garba, że trzeba coś wymyślić, staram się go nie wypierać. A tymczasem Fred założył okulary i studiuje mapę.

piątek, 21 stycznia 2022

766. Szurszur.

Rozmowa babciowa z babcią była, życzenia dla Usz Solenizantki były. Kaczuszka na obiad, prysznic i pora zaczynać weekend. Kochany rozmawia właśnie z Robem, kolejnym dzisiejszym jubilatem, m.in. o kraju Bareji i fikcji walki polskiego nie-rządu z covidem. W ciągu dnia Fred zrobił sporo zdjęć z dokarmiania latającej malizny, ale wstawię coś jutro, bo dzisiaj już tylko szuranie nosem po notatkach.
___
edit 22:30 Ach, przypomniało mi sie teraz, że zmarł Meat Loaf. Saren wsadziła głowę do klasy, żeby nas o tym powiadomić. Lubię ciche piątki z nią i Sziwan.

piątek, 1 października 2021

654. Wielogłos.

W pracy spokój, bo cały czas spędziłam ze Sziwan, która jest zakręcona jak słoik na zimę, co mi charakterologicznie bardzo odpowiada (jak się coraz bardziej okazuje).

Przed osiemnastą dojechał do nas polski kurier z paczką nadaną w zeszłym tygodniu, a w niej opatulone jak mumia 29 płyt, oraz 15 sztuk książek i tyle samo filmów na dvd. Żeby zrobić sobie miejsce w głowie, nadrobiłam 150 stron Angoli Winnickiej (Czarne, 2014). Gdyby nie podejrzanie uporządkowany język wielogłosu, byłaby to lepsza książka.

Fred już zeszłej nocy niespokojnie kręcił się w łóżku, a po ostatnim nocnym powrocie z pracy było jeszcze gorzej. Prawa noga boli go na leżąco i siedząco, ból przechodzi na stojąco-chodząco (takie dziwo). Jako laicy wieszczymy, że to nerw, lekarz-Hindus nie wywieszczył nic, Kochany dostał lek przeciwbólowy na ibupromie i uparł się przy nieodwoływaniu sobotniego zlecenia. Później w ciągu dnia jakby lepiej, painkiller chyba działa, przenikliwie zimna pogoda nie pomaga, mąż upichcił gulasz i po długiej rozmowie z Jackiem wcześnie położył się spać.

piątek, 12 marca 2021

451. Piątek, łikendu początek.

Poznałam jeszcze Sziwan. Porządne irlandzkie imię, ichnia wersja Joanny. To tyle na ten tydzień z nowości pracowniczych, teraz weekend. Skończyłam wcześniej niż w dwóch poprzednich dniach i po drugiej czekałam już na męża, który wyjechał po zakupy spożywcze. 

Dzisiaj testowaliśmy na obiad meatballsy w sosie bolońskim. Spodziewałam się beznadziei, a tu proszę, dwa dania ze słoika połączone do kupy okazały się całkiem jadalne. Po obiedzie i kawie poodziewaliśmy się w deszczoochronne tekstylia i pojechaliśmy w kierunku Annagassan. 

Wielki odpływ. Na płyciźnie w zatoce przy Port Beach jeden kuter, w Annagassan na horyzoncie kutrów siedem. Wymyślaliśmy dialogi krewetek przestrzegających się przed polującymi "krewetkowcami".

Ja bym tam dzisiaj na twoim miejscu nie wypływał, Stefan wypłynął i nikt go wiecej nie widział.
Stefan, jak Stefan, cała rodzina Krystyny też zniknęła!

Gdy doszliśmy do wraku i właśnie robiłam mu fotki Fred odkrył, że chyba zgubił obrączkę. Wróciliśmy po swoich śladach do miejsca, gdzie ściągał rękawiczki. Kamyczki i muszelki, tysiące zmielonej drobnicy, znalezienie w nich czegoś tak małego to wyzwanie. Na dodatek właśnie w tym czasie spadł na nas konkretny deszcz, pomaszerowaliśmy szybko do samochodu, ja z pocieszającą myślą, że przed wyjazdem widziałam obrączkę męża na półce w łazience, a jak nie, to mam plan nr 2. Stanęło na moim planie nr 1 :) 

Chyba wyczuwamy klimat Patryka, bo w ciągu dnia grali nam Rory i Luke. Wieczorem słucham Abby the Spoon Lady opowiadającej o hobo. Jako takie zajęcie w czasie tygodnia powoduje, że cieszę się na weekend. Bardzo mi jest z tym dobrze.