Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojtek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

1972. Bez energii.

Zasnęłam gdzieś po drugiej w nocy, obudziłam się przed ósmą i już nie mogłam spać, obrazki z podróży kotłowały mi się w głowie, musiałam je posortować, zobaczyć co się utrwaliło. Pranie zostało wrzucone do pralki dopiero po dwunastej, gdyż ruszam się jak mucha w smole (choć jednocześnie odpisuję, uaktualniam i przy tym nawet od czasu do czasu myślę). Ceremonie i ceregiele raczej powolne, do bagażnika zaglądam z trzy razy w poszukiwaniu własnej głowy. Buty zostały umyte i wypastowane na następny czas.

Kochany wstał, przejrzał zdjęcia, zareagował na zaproszenie do Ka, położył się na pół godzinki, choć ładna pogoda zachęcała, żeby rzucić to wszystko i wyjechać do Kisłowodzka. 

Oboje z pewnością nie mieliśmy ochoty na gotowanie obiadu, z pomocą przyszło nam Borzalino, w niedziele otwierane o czwartej. Dopiero, gdy zerknęłam do menu, przypomniało mi się, dlaczego chciałam tu przyjechać. Risotto grzybowe. Sporą część jak zwykle zabrałam do domu w ramach inwestycji w poniedziałkowe śniadanie. W czasie obiadu dziwny algorytm doprowadził mnie do odkrycia, że jedna ważna dla nas osoba, z którą od dłuższego czasu nie mieliśmy kontaktu, usunęła nas z listy znajomych na FB. Coś zaszło jakiś czas temu, ale nie wiemy co, kompletny brak danych. Niby trochę przykro, z drugiej strony niekoniecznie; ciekawe czy kiedykolwiek zagadka się rozwikła.

Wieczorem nadal ciepło, ale też deszczowo-burzowo. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy z Drołdy do El Paso; kręciliśmy się po mieście, nawet podjechaliśmy na chwilę do Blackrock (głównie po to, żeby zrobić zdjęcia gawronom). Ka miał w planach spacer z Piesełem i nie chcieliśmy poganiać jego rutyny. Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem przyjaciela, na zewnątrz stał Wojtek ze sprawą (a nawet ze sprawami, kilkoma pakunkami do przechowania). We czworo spędziliśmy ponad godzinę na rozmowie w kuchni; znowu wyprztykałam się z energii i do domu wracaliśmy w milczeniu (odwieźliśmy też Wojtka do akademika). 

All in all, niedziela poświęcona na dochodzenie do siebie i kurowanie zakwasów.

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

piątek, 17 maja 2024

1613. Kamień w kropki i paski.

Rozlazł mi się ten piątek niemożebnie.

Obiad był w Termon (dobry pomysł), przy okazji kupiliśmy prezent na bardzo okrągłą rocznicę Jot. Po długiej przerwie spotkaliśmy się z Wojtkiem, który właśnie kończy pierwszy rok studiów i wydaje się zadowolony z życia tutaj. Fred zgodził się mu pomóc w akcji szukania przechowalni dla paru tobołków. Zajechaliśmy więc do miasta, zaszliśmy do Costy (chłopaka, zupełnie przypadkowo, zgarnęliśmy po drodze), po rozmowie podjechaliśmy do domu przyjaciół, żeby pokazać Wojtkowi, gdzie jego lary i penaty będą na niego czekały we wrześniu (i wręczyliśmy Jot prezent).

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na dawno nie odwiedzanej plaży. Na morzu był bardzo daleki odpływ, flauta, dźwięki ptasze (ostrygojady nad głowami, w oddali mewy, nadal wielkie; wrony zapatrzone na horyzont, parę gawronów szukających ciekawostek kulinarnych pod kamieniami). I takie coś ładne znalazłam, kolejną skamielinę koralowca:


Głowę miałam zajętą nie wiadomo czym, bo jak wspomniałam, osiągnięć w czymkolwiek brak. Dopiero o ósmej wieczorem zauważyliśmy, że nie ma chleba, Kochany wyjechał do sklepu w mieście, poza chlebem przywiózł truskawki, chlebowe bąbelki i robale na śniadanie. Czyli ożarłam się chlebem z truskawkami o dużo za późno; słuchamy VooVoo, Łobi Jabi (1993), bo nam znowu smutno (Lisa pochwaliła ogród, gdy wróciliśmy, chwaliła siedząc w samochodzie, good effort, fair play to you, uciszając małego Ethana, a na nas zaczął padać deszcz).

wtorek, 19 września 2023

1373. Grafik wtorkowy.

6:00 alarm budzika (obudziłam się wcześniej, bo za otwartym oknem deszcz; to pozostałości po huraganie przechodzą bokiem jako sztorm Nigel, ledwie nas muskają, ale opady spore). Fred już w drodze, rozminęliśmy się. 

7:40 wyjście na przystanek. W portfelu nie mam dość drobniaków na bilet w dwie strony, kierowca nie przyjmuje €50, więc kupuję tylko bilet "do". Pada jakby mniej.

8:35 Czarna jest zamknięta (coś dziwnego musiało się wydarzyć, bo na drzwiach nie ma informacji o przyczynie, ani typowego w takich razach "sorry for the inconvenience", dostawca mleka też był zaskoczony i zostawił butelki pod drzwiami), pierwszy raz poszłam do Esquiresa po drugiej stronie ulicy. Mieli na stanie dzisiejszy Irish Independent do poczytania przy kawie i nawet dobre podwójne macchiato. 

9:00 początek pracy. Grupa w ciągu dnia się przerzedza. Centrum nadal wyludnione, jest tylko podstawowa obsada, więc w porze lunchu mieścimy się przy jednym stole (i rozmawiamy o duchach). Po południu, prawie gdy kończę, przychodzi kilka dziewczyn w hidżabach. Azylantki, może dołączą do projektu (to byłoby coś nowego). Z biegiem dnia coraz bardziej stresuje mnie sprawa programu antyplagiatowego (dziekanat nadal nie odpowiada, żaden nr telefonu nie jest tym numerem, mam coraz mniej czasu na poprawę); Gronja pyta, czy już wróciłam. Offszem.

17:15 w końcu w domu. Kot wybiega w panice dwie sekundy po tym, jak klucz zachrabęścił w zamku. Chwilę jeszcze o tym myśli, wraca, żeby dostać przegryzkę i znowu wybywa pomimo wiatru i lekkiej mżawki na horyzoncie. Zauważam, że w czasie mojej nieobecności korzystał z kuwety (nie lubi, nie lubi).

18:00 Siedzę w domu z kubkiem zielonej herbaty, nadal mielę w głowie sprawę dziekanatu (nie ma się co ciskać oczywiście, bo wszystko o tej porze jest zamknięte, nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi). Jutro będzie wykorzystane na definitywne przełamanie impasu (rybka lub akwarium). Piszę część tej notki.

18:30 Kochany wrócił z pracy zmęczony nie tylko pracą. Wygląda na to, że Wojtkowa opera mydlana ma ciąg dalszy. Aktualni wynajmujący znowu kontaktują się przez Jot wysyłając pretensje nie wiadomo komu. Skarżą się, że chłopak zalał im łazienkę. Jot nie musi, ale szuka nowego lokum dla chłopaka, którego nie zna (coraz bardziej się nakręca w temacie, czyli niedobrze)

20:40 Dość mam litewskiej dramy. Genealogia (Ka dzwoni, kolejne rady, ale ja się już z tego wypisuję). 

21: 40 Następnym razem powiedz Ka, że nie będziesz już o tym gadać, bo Ci zakazałam i się mnie boisz. Fred się roześmiał: Nie umiem kłamać. I taka prawda ;) Poza tym mąż przypomniał sobie, że w pracy pokazywał jednej Chince nasze zdjęcia ślubne. Ale to jakaś znajoma Chinka, czy tylko przechodziła? Okazuje się, że znajoma. Podobaliśmy się jej. No, ba! (kot w sypialni na parapecie przy otwartym oknie obserwuje nasilający się wiatr).

niedziela, 17 września 2023

1370. Relaks mimo wszystko.

Zapowiadają się deszcze przez cały tydzień. Nic nie poradzimy, pościel trzeba prać i suszyć w domu. Pojawił się problem z programem ASAP, więc choć planowałam oderwać się w weekend od myśli o studiach, oczywiście rano wylazłam z łoża, żeby wysmarować emilek do kogoś, kto może mi coś poradzić. Poza tym relaks, nie dam się pokonać. 

Szpaki przemieszczają się coraz większymi stadami (chmara sąsiadów wylądowała w porze śniadania na trawniku i systematycznie penetrowała obszar). Szarość naokoło, kot kilka razy podejmował próby spaceru, ale szybko pojawiał się w sypialni i zwijał w kłębek. 

Wracam do czytania rozgrzebanego Bielma Gutowskiego (porzucone gdzieś na wiosnę, co pokazuje rozmiar umysłowego zajęcia czym innym, bo lektura łatwa i tematycznie mi leży).

W temacie (przed)wczorajszej dramy: zawieźliśmy do Wojtka rower i przy okazji kawy w Coście poinformowaliśmy go o przemyśleniach gospodyni (żeby wiedział na czym stoi). Po kawie (nie zmarnowaliśmy całego tego czasu na rozmowie o głupich pizdach, było też trochę o kinie) zrobiliśmy zakupy i odwieźliśmy Wojtka na stancję. U przyjaciół jeszcze mielenie litewskiej dramy prowincjonalnej. Wieczór został zakończony naprawdę dobrą Balladą o Busterze Scruggsie (2018). Powrót do domu, prysznic, i mamy po północy. 

piątek, 15 września 2023

1369. Jesień.

Głowiłam się do ostatniej chwili, ale w końcu trzeba było coś postanowić, więc praca została wysłana i czekam na oficjalne poprawki. Raczej kiepsko to widzę, ale cóż. W decyzji "wyślij" bardzo pomogła mi histeryczna rozmowa Kochanego z Ka&Jot (histeryczna po stronie przyjaciół, mąż tylko podnosił brew). Otóż, przyjaciele zadzwonili z "problemem" takim, że pani wynajmująca Wojtkowi mieszkanie wyguglowała, że jest on transwestytą i ona sobie tego nie życzy. Akurat skończyłam poprawiać tabelkę, im bardziej Fredowi brew się podnosiła, tym bardziej mnie ogarniał wkurw. Pac klawiszem. Poszło. Co za getto wschodnie! Początkowo Jot chyba nawet mówiła Kochanemu, żeby zadzwonił do Wojtkowego ojca. Nie wiem, co by to miało dać. Jedyny sensowny telefon byłby do chłopaka: trzeba mu powiedzieć, żeby się rozglądał za nowym mieszkaniem. Dzisiaj znaleźć normalnego landlorda to nie jest prosta sprawa. Ech.

Poza tym w pracy całkiem ok. Padało; z rana poszłam po kawę na wynos, w porze lunchu wyskoczyłam na szybkie zakupy jedzeniowe (kanapka u Izoldy, zakupy dla Saren w M&S). Nowy grafik, nowa grupa, starzy znajomi pytają gdzie byłam, jak mnie nie było. Czas strawiłyśmy na przestawianiu mebli (jest nowy stolik dla dodatkowego staffu - bardzo się cieszę, bo to o mnie), drukowaniu papierów na poniedziałek i in. sprawach organizacyjnych. 

Z rzeczy wzruszających mnie po powrocie - w nocy Ryszard śpi z nami jak zabity. Nie budzi nas, drzemie, jakby chciał się wydrzemać za wszystkie dni. Zapewne aura pomaga. W porównaniu z temperaturą przed naszym wyjazdem wyraźnie się ochłodziło. Podobno w zeszłym tygodniu było uderzenie ciepła, ale nic po nim nie zostało. Jesień (w głośnikach Dziki książę Variété i Wolne Masłowskiej).

PS. Fred rozmawiał z Katlin. Sąsiadki są zachwycone Józefem.

piątek, 8 września 2023

1362. Nastroje minorowe.

Zanim po północy poszłam spać, jeszcze raz zerknęłam na emilki i znalazłam informację od dochtórki z propozycją spotkania online. To raczej źle mi wróży, w związku z czym potaknęłam i ... poszłam spać, tak byłam nieżywa po podróży. Miałam nadzieję, że w sobotę pojadę z Kochanym w góry, ale przy takim obrocie spraw Fred jedzie sam (dopisane rano: jak to oczekiwania wpływają na odbiór realiów ... bo przecież jest pięknie, ciepło, za mną pluska prawie-fontanna w ogrodzie rodziców, powiewa lekki, przyjemny wiatr; siedzę pod wielkim parasolem i rozkminiam różne wersje tego "co dalej", jeśli aktualne plany się mi wykrzaczą). Kochany zabukował nocleg u pana Krzysia i będzie mi zdawał relację z pięknoty tego świata.

Są też milsze wieści: odezwała się Jot z nowiną, że znalazła mieszkanie w sensownej cenie i w mieście o które się rozchodziło. Miejsce było poszukiwane dla Wojtka, przyszłego studenta (czyli syna Tomka; obu poznałam w ostatni wtorek).

Po obiedzie Kochany zabrał mnie do miasta i ponieważ Kot się już zamykał, poszliśmy na kawę do Markizy, po czym obeszliśmy naokoło klasztor w którym się urodziłam. Włala: