Zasnęłam gdzieś po drugiej w nocy, obudziłam się przed ósmą i już nie mogłam spać, obrazki z podróży kotłowały mi się w głowie, musiałam je posortować, zobaczyć co się utrwaliło. Pranie zostało wrzucone do pralki dopiero po dwunastej, gdyż ruszam się jak mucha w smole (choć jednocześnie odpisuję, uaktualniam i przy tym nawet od czasu do czasu myślę). Ceremonie i ceregiele raczej powolne, do bagażnika zaglądam z trzy razy w poszukiwaniu własnej głowy. Buty zostały umyte i wypastowane na następny czas.
Kochany wstał, przejrzał zdjęcia, zareagował na zaproszenie do Ka, położył się na pół godzinki, choć ładna pogoda zachęcała, żeby rzucić to wszystko i wyjechać do Kisłowodzka.
Oboje z pewnością nie mieliśmy ochoty na gotowanie obiadu, z pomocą przyszło nam Borzalino, w niedziele otwierane o czwartej. Dopiero, gdy zerknęłam do menu, przypomniało mi się, dlaczego chciałam tu przyjechać. Risotto grzybowe. Sporą część jak zwykle zabrałam do domu w ramach inwestycji w poniedziałkowe śniadanie. W czasie obiadu dziwny algorytm doprowadził mnie do odkrycia, że jedna ważna dla nas osoba, z którą od dłuższego czasu nie mieliśmy kontaktu, usunęła nas z listy znajomych na FB. Coś zaszło jakiś czas temu, ale nie wiemy co, kompletny brak danych. Niby trochę przykro, z drugiej strony niekoniecznie; ciekawe czy kiedykolwiek zagadka się rozwikła.
Wieczorem nadal ciepło, ale też deszczowo-burzowo. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy z Drołdy do El Paso; kręciliśmy się po mieście, nawet podjechaliśmy na chwilę do Blackrock (głównie po to, żeby zrobić zdjęcia gawronom). Ka miał w planach spacer z Piesełem i nie chcieliśmy poganiać jego rutyny. Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem przyjaciela, na zewnątrz stał Wojtek ze sprawą (a nawet ze sprawami, kilkoma pakunkami do przechowania). We czworo spędziliśmy ponad godzinę na rozmowie w kuchni; znowu wyprztykałam się z energii i do domu wracaliśmy w milczeniu (odwieźliśmy też Wojtka do akademika).
All in all, niedziela poświęcona na dochodzenie do siebie i kurowanie zakwasów.







