No i proszę, Midsomer Murders 24.1 się nawinęło o poranku niedzielnym. Zepsułam sobie przedpołudnie godzinną refleksją nad pracą (obejrzałam dwa nagrania w celach naukowych), ale szybko wypełzłam spod stosu makulatury usprawiedliwiając się brakiem Excela (nie chciałam wymodzonego modzić od nowa), i potem już tylko lektury, w papierze i w Audiotece. Do tego przypomniało się mi, że wczoraj (w sobotę) była rocznica kociej adopcji. To już rok jak wszystko stoi na głowie (np. przestałam prasować, nie ma na to miejsca).
Kochany wrócił z pracy pociągając nosem. Choroba.
Dzisiaj pobudka o czasie; mąż podwiózł mnie do pracy pomimo tego, że nie czuł się za rewelacyjnie. Nieprzyjemna sytuacja — początkowo sądziłam, że jakieś bakcyle go obstąpiły, ale pod koniec dnia skłaniam się ku hipotezie alergicznej. Spotkaliśmy się z Fredem po południu, Fredem wzburzonym, ponieważ chwilę wcześniej Kochany miał nieprzyjemne zdarzenie drogowe, miejmy nadzieję, że bez reperkusji. Zanim przeszliśmy w tryb standardowy (powrót na wieś, koci spacer, obiad), zabraliśmy się z buta do Czarnej, żeby usiąść przy kawie i olać to wszystko.
Kochany zadzwonił wieczorem do brata, klaruje się sprawa samochodu, który w lipcu znowu przetoczy się z jednej stolicy do drugiej.
Już 24 sezon MM? Ciekawe, ile mam zaległości.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, pamiętam jak kiedyś marudziłam, że już mi się nie chce. No i proszę ... :)
Usuń