Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2026

2406. W drodze.

Na razie tylko lokalnie — po śniadaniu poszliśmy na cmentarz. Przy okazji rundki przez wieś odkryłam, że w innym sklepie sprzedają wkłady do zniczy o 50 gr taniej :D Ech, drugim odkryciem była klepsydra z nazwiskiem mojej byłej uczennicy, rozmowy spacerowe nieuchronnie więc potoczyły się w kierunku żalu za nieudanym życiem i odkładania rzeczy na później. Deszcz na nas pokropił, siedliśmy na chwilę pod dachem dla niegrzecznych dzieci; dwa razy minęliśmy Zupę. 

Rosół już zjedzony.
___
edit 16:15 Drzemka (przynajmniej się starałam). Stu wyruszył z Wawy. Hana wrzuciła poszwy do pralki, mielą się na wizji. Bagaże spakowane w 95%. Oglądamy Hyacinth Bucket na Polsacie Seriale.
___
edit poranek dnia następnego wyjechaliśmy ze wsi około szóstej, żeby spotkać się ze Stu około siódmej: plan został wykonany raczej bez przeszkód, odnaleźliśmy się ze śwagrem nakrapianym deszczem na ulicy Norwida. Panowie zamienili się miejscami za kółkiem samochodu i tak dojechaliśmy do lotniska, gdzie po zważeniu bagażu rozstaliśmy się — Stu ruszył w drogę powrotną za pomocą naszego wehikułu czasu, my z kolei udaliśmy się na długie czekanie. Kawa, wałówka, pączek z różą, sudoku i Intermezzo.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

2371-2372. Niedziela-poniedziałek.

No i proszę, Midsomer Murders 24.1 się nawinęło o poranku niedzielnym. Zepsułam sobie przedpołudnie godzinną refleksją nad pracą (obejrzałam dwa nagrania w celach naukowych), ale szybko wypełzłam spod stosu makulatury usprawiedliwiając się brakiem Excela (nie chciałam wymodzonego modzić od nowa), i potem już tylko lektury, w papierze i w Audiotece. Do tego przypomniało się mi, że wczoraj (w sobotę) była rocznica kociej adopcji. To już rok jak wszystko stoi na głowie (np. przestałam prasować, nie ma na to miejsca).

Kochany wrócił z pracy pociągając nosem. Choroba.

Dzisiaj pobudka o czasie; mąż podwiózł mnie do pracy pomimo tego, że nie czuł się za rewelacyjnie. Nieprzyjemna sytuacja — początkowo sądziłam, że jakieś bakcyle go obstąpiły, ale pod koniec dnia skłaniam się ku hipotezie alergicznej. Spotkaliśmy się z Fredem po południu, Fredem wzburzonym, ponieważ chwilę wcześniej Kochany miał nieprzyjemne zdarzenie drogowe, miejmy nadzieję, że bez reperkusji. Zanim przeszliśmy w tryb standardowy (powrót na wieś, koci spacer, obiad), zabraliśmy się z buta do Czarnej, żeby usiąść przy kawie i olać to wszystko.

Kochany zadzwonił wieczorem do brata, klaruje się sprawa samochodu, który w lipcu znowu przetoczy się z jednej stolicy do drugiej.

środa, 11 marca 2026

2276. Środa w locie.

Najpierw podwójna pobudka, bo odpaliły dwa telefony, każdy o innej godzinie, potem obserwowanie myszy przez kamerkę (w ciemności siedziały na drukarce i wpatrywały się w drzwi, Bronia machając kitą, bo u niej co w sercu to na ogonie, Mania w swojej typowej pozie małego, nabzdyczonego żbika z ogonem-pytajnikiem schowanym pod siebie), przy okazji odkryłam, że w kamerce jest również głośnik przez który mogę perorować do Kochanego dokarmiającego potwory :D Herbata, prasówka, dopakowuję walizkę i podejmuję decyzję, co założyć na podróż, jem ryż macając się po kadłubie. Na chwilę do pracy, w sumie po to, aby otworzyć biuro, wysłać dwa maile, pomachać współpracownikom, upewnić się, że niczego nie zapomniałam. Wyszłam też na miasto, dopytać o dwie rzeczy na temat telefonu i kupić mu dobre opakowanie (razem z Kochanym szliśmy przez Drołdę zwodniczo słoneczną, porywy mroźnego wiatru bardzo na minus). Po dziesiątej jesteśmy z powrotem w domu, ostatnie ogarnianie, posiłek, dezynfekcja, będzie rozglądanie się po chałupie i wyłączanie zbędnych urządzeń.
___
17:05 Kochany siedzi kilka rzędów za mną. Na horyzoncie Sugar Loaf. Obsługa upycha ostatnie walizki. Mam wyłączyć telefon. Baj ...
___
(dodatek zrobiony dnia następnego o poranku) 

Takie mieliśmy widoki po oderwaniu się od Ziemi:


Siedzieliśmy z Kochanym osobno, mąż kilka rzędów za mną, ja obok (jak mniemam) ojca i córki mówiących po arabsku. Lot spokojny, nudny (spędzałam czas czytając, ale żadna lektura nie chwytała mojej uwagi, przerzucałam się między Enright i autobiografią Diane Keaton), efektywny: przywitaliśmy się z Modlinem kilka minut przed czasem. Szwagier czekał na małym parkingu pod lotniskiem, tak więc i tutaj nie było żadnej zwłoki. Warszawa pojawiła się znienacka, z ciemności wynurzyły się jakieś osiedla, mordory, pałace — tym razem niewiele jej widzieliśmy, tyle, co za oknem i pod blokiem, gdzie pożegnaliśmy się ze Stu. Już i tak było po dziesiątej; zastartowałam nawigację i ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim. 

sobota, 17 stycznia 2026

2223. Zawroty, spacer, porzucenia.

Od czasu do czasu czułam się wczoraj nie z tego świata, dopiero wieczorem olśniło mnie, że mam zawroty głowy. Sytuacja przeniosła się na dzisiaj; zawroty nie są spektakularne (wyobrażam sobie, że tak ma marynarz, który schodzi na ląd), ale lekko odrywa mnie to od rzeczywistości.

W okolicy południa pojechaliśmy z Kochanym do Navan, żeby odwiedzić dwa miejsca, Ramparts Walk oraz Room8 Café. W drodze, do kręcenia we łbie doszło mi strzyknięcie w kręgosłupie, również niewielkie, dokładnie w miejscu skrzywienia. Na szczęście w czasie drogi jako tako nastawiłam to, co mi wyskoczyło, inaczej z planami byłoby krucho. Sypię się, uszczerbki na integralności irytują.

Dolina była przykrytą grubą deszczową kołdrą i przez większość trasy do Navan padało. Na miejscu zaś magia, wyjechaliśmy poza kołdrę, Kochany przejechał zakręt, ale zaraz się poprawiliśmy, żeby zaparkować przy nadrzecznej trasie.




W przyjemnie chłodnym powietrzu zrobiliśmy około dwa kilometry wzdłuż rzeki Boyne. Trochę było ludzi i piesków, jedna czapla, jedna ruina pałacu na horyzoncie, jeden zegarek odliczający czas zimowy, parę świeżych kałuż, kilka ołtarzyków upamiętniających jakichś ludzi.


Kawa nie jest najmocniejszą stroną Room8 Café, za to moja zupa pomidorowa była jak domowa. Przyszliśmy do restauracji w momencie największego zagęszczenia i musieliśmy chwilę poczekać na stolik. Zamykano o czwartej, zdążyliśmy jeszcze wciągnąć po waniliowej panna cotcie i do samochodu. Kochany wybrał alternatywną drogę powrotną, przez Newgrange. Mgły właśnie wstawały w dolinie, widoki mroczne i piękne (ludzie epoki kamienia wiedzieli co robią, wybierając to miejsce).

Zaległam w sypialni, podczas gdy Fred (bardzo długo) rozmawiał ze Stu; poza różnymi innymi wydarzeniami, szwagier niestety rozstał się z dziewczyną ... szkoda, nowa krew w rodzinie dobrze się zapowiadała, ale widocznie różnice były zbyt duże.

Zaczęłam testować wyszukiwarkę Qwant, oczywiście nadal na przeglądarce Google Chrome, choć zastanawiam się przyszłościowo nad przeglądarką Vivaldi. Poza tym postanowiłam porzucić MS Word na rzecz LibreOffice. O ile sobie przypominam, do płacenia za worda motywowała mnie magisterka (wcześniej testowałam darmową Apache), ale gdy nie muszę się spinać wizualnie, martwić kompatybilnością z TPTB (nie przynoszę pracy do domu), we własnym ogródku mogę mieć po swojemu.

Coś sobie jeszcze przypomnę, jakiegoś zdziśka? Rano znowu złapałam rodziców w drodze, tym razem wracali z miasta z nowym transporterem dla małych zwierząt, bo wiadomo, w poniedziałek trzeba dwa koty (razem, ale osobno) zawieźć do tej samej lecznicy. Pogodę mieli rodzice piękną, humory im dopisywały, oby tak dalej. U nas Bronka coraz bardziej naciska na wpuszczanie jej do sypialni, bardzo ładnie prosi, albo bardzo ładnie przeciska się między nogami zagapionego człowieka. Śliczna jest nasza kocia. I ogon ma coraz dłuższy.

sobota, 1 listopada 2025

2146. Sobota przebimbana.

W mijającym tygodniu mąż zainstalował w Kuchniosalonie podnóżek z szufladą do przechowywania różności (zaraz zapełniła się kocim żarciem), oraz wymienił pudło z przyborami kawowymi bez pokrywy na pudło z pokrywą. Te i inne zmiany koty wzięły w posiadanie: przybyło im legowisko na pufie, legowisko na kawowym przyborniku i jeszcze jedno legowisko na krześle, które teraz stoi dziwacznie zawieszone nad zadaszoną kuwetą.

Dla mnie wolna sobota, dla Kochanego dzień w pracy. Częściowo słonecznie, więc wyniosłam małe pranie do zimnego ogrodu. Rozmówki internetowe: dwa razy z mamą, gdzie byli, komu znicze zawieźli, oraz historią ze Stu jestem zainteresowana, jak się rozwinęła (szwagier z dziewczyną pojawili się, ugościli się, zabrali samochód i ruszyli w górę mapy); z Kochanym, który w pracy konsumuje na przerwie lunch.

Nie było okazji cmentarnej, więc podróż sentymentalną zrealizowałam inaczej, grzebiąc w genealogii tatki, przyglądając się jego dalszej rodzinie "po nazwisku": najstarsi byli Ignacy i Salomea, ale skąd oni, z której to Wyszyny, któż to wie. Poza tym nadrabiałam Emisię, zajrzałam też na jakieś podsumowanie dalszych sezonów grubych sióstr (już to nie dla mnie, ten poziom amerykańskiego prostactwa drażni mnie niemożebnie, pewnie to z powodu ogólnego przewartościowania w moim życiu, więc odcinek wchodzi ledwo ledwo; oczywiście, psychopatologia bywa ciekawa, ale męczy).

Przeczytałam króciutką historię To jest Ales Fossego (ArtRage, 2025), za dwoma posiedzeniami, porannym i wieczornym; to drugie, gdy Kochany rozmawiał z bratem, który już dojechał do Wawy (kolejny tekst w klimacie święta zmarłych :)) Sobota została przebimbana, za chłodno na spacer z wietrzeniem czerepu, więc mam teraz niedobór sensu. 

piątek, 3 października 2025

2117. W locie.

Od rana kociokwik. Szybkie ogarnianie przestrzeni, dopakowywanie walizki, zębów szczotkowanie, kotów uspokajanie. Fred jedzie po brata, więc wyjeżdżamy razem, a skoro nie miałam śniadania, po wyciągnięciu paru euro, szuram do Czarnej. Praca, bla bla bla, wysyłam, odbieram, kiwam, poprawiam. Po pierwszej Szef zajeżdża swoją furą, troskliwy, bo przecie sztorm. Costa, pijemy, konsumujemy (mój pierwszy mince pie sezonu), gadamy, zostawiam mu klucze do biura, Szef odwozi mnie do domu. W domu goście, Stu śpi, Mag jest spoko, Mania pierwszy raz nasikała na tapczan. Wysyłam ostatni raport do pracki. Kochany robi obiad x 4; wpada Anne, zapoznać się z tymczasowymi sąsiadami. Jeszcze obiecujemy sobie z sąsiadką, że po powrocie urodziny trzeba obejść solidnie. Wieje, wieje; przed wyjazdem w kierunku Dublina ja i Kochany ekspresowo zrywamy z jabłoni wszystkie jabłka, rzucamy je po prostu na ziemię, bardziej pomóc drzewkom nie możemy. Stu siada za kierownicą, jedziemy, przyroda rzuca w nas liśćmi, całymi tonami liści, na prowincji drzewa obalone to tu to tam, na autostradzie Babcia aż furczy lusterkami, ale ciśnie bardzo dzielnie.

Wysiadamy i Stu od razu rusza w drogę powrotną. Mnóstwo lotów opóźnionych, przechodzimy fast trackiem, ale nie ma się do czego spieszyć; kanapka, jogurt z granolą, sok jabłkowy. Wg grafiku już powinniśmy siedzieć w samolocie, tymczasem prorocy głoszą półtorej godziny spóźnienia. Na razie. Ament.

niedziela, 28 września 2025

2112. Wchodzę ...

... do Kuchniosalonu, a tu the Eagles w głośnikach, mysz nakarmione, wykupkane, bawią się pod tapczanem, mąż siedzi przy laptopie. Gdyż późno, chyba po dziewiątej. Ruchy wolne. O jedenastej byliśmy po śniadaniu, Kochany kończył jeszcze kolejną kawę, ale już był plan wyjścia nad morze.

Idziemy i idziemy, po drodze Kochany rozmawia ze Stu, pyta co by szwagier chciał zobaczyć, i tak dalej. Piję kawę, kubek jest źle domknięty, więc trochę wylewam na szalik. Ciepła szarość, spokojny dzień, przypływ powoli nadchodzi (na horyzoncie dwie duże jednostki czekające na możliwość wejścia w Boyne oraz fatamorgana dublińska).


Po spacerze myję włosy (pomna planów na wieczór); Kochany robi obiad; w Kuchniosalonie przyjemnie ciepełko, włosy szybciej schną; zanim zabraliśmy się do jedzenia, zauważyłam, że Bronia była niespokojna: najpierw próbowała coś dojrzeć na ścianie i wskrobując się wyżej poruszyła zdjęcie Rysia, potem leżąc na tapczanie przyglądała się czemuś bardzo intensywnie, początkowo sądziłam, że jakiejś latającej muszce (Mania obok niej niewzruszona, śpi, a Bronia patrzy i patrz). To nie była muszka, to była wisząca szafka z płytami tuż przed przegraniem walki z grawitacją. Podtrzymałam ją w ostatniej chwili — gdyby nie uważność Broni, spadłoby nam to wszystko na łby. Czyli w sypialni sajgon, Fred przenosi płyty. Ja z braku laku pucuję podłogę za szafką, bo miałam wypucować. Już mi myśli uciekają w kierunku wyprawy urlopowej (jaka będzie pogoda? ile wziąć par majtek? czy już kupić bilety do muzeum?).

Wieczór u Ka&Jot, rozmowa (głośna, o świętach rodzinnych i innych wariactwach) oraz pierwszy odcinek drugiego sezonu 1670 (podobał się nam). Wróciliśmy do domu. Kochany właśnie wiesza szafkę, wiertarka w robocie, myszy panikują.

środa, 10 września 2025

2094. Drony i wrony.

Rano obudziłam się do wiadomej sensacji: drony bojowe na terenie, do którego mamy nadzieję dojechać w październiku. W związku z tym, wieczorem, już po obiedzie i spacerze myszowym, rozmawiałam z mamą, żeby dowiedzieć się jak to jest, bo świekra w panice, chce rozdawać dzieciom rodowe srebra. Różnica między naszymi rodzicielami taka, że moi oglądają TVP, a świekra TV Republikę, media pachnące ruską onucą. W mediach oficjalnych stabilizowanie nastroju, w ruskiej onucy destabilizacja, nic nowego pod słońcem. Poza tym w Polsce jest cieplej, czyli przechodzimy do pogody:

Od rana padało, rozpogodziło się dopiero po południu. Kochany podjechał Babcią o umówionej porze, ruszyliśmy jeszcze w miasto, m.in. żebym mogła poszukać kartki pożegnalnej na piątek (znalazłam). Błękit nieba tak zachęcający, że byłam pewna swojego planu wieczornego spaceru, jednak po wyprowadzeniu Kocóreczek zmieniłam zdanie. Ziąb. Nad nami królowały same mewy, wrony schowały się w koronie drzewa po sąsiedzku. Biorę przykład z tych ostatnich, moim gniazdem jest Kuchniosalon z zaparowanymi oknami; czarna herbata już zaparzona, przyjemnie gorąca.
___
edit 20:50 mąż mi mówi, żeby zapisać, że za późno dowiedzieliśmy się o koncercie Johnny'ego Rottena. Oraz rozmowę z bratem jako przypis do situazione. Zapisuję.

___
edit 21:45 skoro zaś już dopisuję takie różne, z takich różnych raczej pozytywnych: dostaliśmy właśnie informację od Stu, że przylatuje opiekować się Kocóreczkami. A Maniutka traci mleczaki, przed chwilą zauważyłam (zaintrygowana spuchnięta wargą biedulinki), że rusza się jej pierwszy kieł (dolny, po prawo).

wtorek, 17 czerwca 2025

2009. Zaduch / niepokoje / jednak nogi idą.

Pod pewnymi względami dzień trudny: w pracy siedziałam sama, głucho, nudno, nawet wścibska współpracowniczka nie wpadła sprawdzić, czy biuro otwarte. Liczyłam godziny do wyjścia z tym większym napięciem, że Mleczaki pierwszy raz zostały same na tak długo (oboje musieliśmy być poza domem do piątej → trzeba było pominąć dwa małe posiłki, poza tym maluchy już się rozbrykały, włażą na parapety i biegają jak pershingi, o nieszczęście łatwo = dodatkowy stresor dla przewrażliwionych opiekunów).

W ramach rozruchu, z centrum miasta poszłam na peryferie, do Kochanego, potem już tylko w Babcię i do domu. Po obiedzie rozmawiałam z mamą. Wieczorem wyszłam z małżonkiem na spacer nad morze; część ekskursji odbyła się przy akompaniamencie rozmowy Freda ze Stu; szwagier objaśniał postępy w temacie zmian życiowych (powoli odwraca mu się na dobre). Pogoda bardzo specyficzna, nad wybrzeżem przez cały dzień unosił się burzowy zaduch (po konsultacji z pogodynką rano wzięłam nawet kurtkę przeciwdeszczową, jak zwykle w takich sytuacjach, zupełnie niepotrzebnie). 

Wróciliśmy ze spaceru po dziewiątej (na plaży morska sałata oraz ostrzeżenie, że woda może być nie ten teges, gdyż w oczyszczalni było małe ziaziu). Aktualną lekturę zostawiłam w pracy, intencjonalnie, bo już wybiegam myślą do Gorzko, gorzko. Nóg nie czuję; herbata i inne przyjemności; Mleczaki tłuką się pod biurkiem.

poniedziałek, 28 października 2024

1777. W kawałkach.

Odkryłam, że żubry online można też obserwować przy paśniku na terenie nadleśnictwa Browsk. No i super, więcej żubrów, więcej spokoju i szczęśliwości. Wydaje mi się, że to stara lokalizacja, ta którą śledziłam wiele lat temu. Różnica taka, że Kobiór to Śląsk, a Browsk to Podlasie; do miejsca podlaskiego mam ogromny sentyment.
___
edit 12:40 Kochany pojechał kupić paszę. Dokończyłam czytać Cursed Bunny Bory Chung (Honford Star, 2021) i niestety muszę przestać jutrać, bo jutro jest coraz bliżej. Do roboty.
___
edit 15:22 Po obiedzie (makaron z pesto) Kochany wybiegł na dwór z pudełkiem ferrero roche, nieco już nadjedzonym, i złożył Anne spóźnione życzenia urodzinowe. Dołączyłam, chwilę rozmawialiśmy, m.in. o tym, że koty jakieś na nas na pewno czekają. Zaskoczyła mnie łagodna pogoda, nie jest słonecznie, ale też nie wieje, może pójdziemy na spacer.
___
edit 17:30

___
edit 19:20 Przez to, że oglądałam mietczynskiego robiącego dwa razy spaghetti bolognese, słuchamy teraz płyty Jethro Tull, Stand Up (1969). Nie dzwoniłam do tatki, jak tam z koteczką, bo nie ma sensu ludzi stresować, i tak niczego nie przyspieszę. Dzień dobiega końca (spacer był całkiem przyjemny, duży odpływ, mało ludzi). O tej porze jest już zupełnie ciemno. Z rzeczy sensownych, wysłałam list z oficjalnym zapytaniem o możliwości rejestracji w towarzystwie zawodowym. Znalazłam też fajną książkę z tekstami na jutrzejsze zajęcia, może się spodoba. Żubry podlaskie zjawiły się przy paśniku, podjadły i układają się do drzemki. Po kolacji, spocznij. Trzeba rozłożyć matę.
___
edit 22:00 o tej porze jest już późno, spać się chce. Fred bardzo długo rozmawiał ze Stu, potem zreferował mi najważniejsze punkty, w tym harce świekry, które nas omijają, bo relacje syna z matką są raz na zawsze ustalone. Stu ma się chyba dobrze, po raz kolejny Kochany wystosował w jego kierunku zachętę do kilkudniowego pobytu u nas (może na wiosnę?).

piątek, 9 sierpnia 2024

1697. Długi piątek.

Piątek zaczęłam kilka minut po północy kończąc czytanie Is Mother Dead Vigdis Hjorth (Verso, 2022). Świetne, oj, świetne. O poranku zamęczałam Kochanego opowieściami.

Fred miał dzisiaj wolne i przez większość dnia przeżywał męki twórcze (dopieszcza i cyzeluje swój tekst). W porze obiadowej, po krótkiej inspekcji lodówki, zdecydowaliśmy, że zamiast zjeść co tam mamy, odłożymy to na jutro i pojedziemy do El Paso na suszi. Po suszi był spacer do 3r Place i księgarni (to drugie bez celu, tym razem nic nie kupiłam, tylko sfotografowałam jedną książkę).

Wróciliśmy do domu przed siódmą wieczór. Zadzwoniłam do mamy, bez planów i wieści, tak sobie pogadać (nawet obejrzałyśmy razem bieg Kaczmarek na 400 m). Potem Kochany długo rozmawiał ze Stu; wtrąciłam swoje trzy grosze, ale nie chcąc im przeszkadzać przeniosłam się do sypialni i za jednym posiedzeniem pochłonęłam scenariusz filmu Wszystko będzie dobrze (Świat Literacki, 2008) tandemu Szymborski/Brutter/Wiszniewski, tak dla przypomnienia (przez co znowu nieomal zapomniałam o czekającej na mnie Junonie).

Kochany idzie jutro do pracy, więc wcześniej wskoczył pod kołderkę. Jako żem sałatki pełna, siedzę trochę dłużej.

piątek, 1 marca 2024

1536. Dewi Sant.

Śniła mi się ławka w starym domu, taka ławka pod płotem pomiędzy podwórkami (ławki już nie ma, podobnie jak płotu). W tym śnie najpierw Rysio nie żył, a potem żył. Ale jednak uświadomiłam sobie, że nie żyje, bo siedział na tej ławce z Grahamkiem, jakimiś dwoma czarnymi szczeniaczkami i dziadkiem Bronkiem.

Noc mocno deszczowa, poranek i cała reszta dnia taka sama; ciemno (mapa wiatrów pokazuje zawirowanie nad Wyspami). 

Piekłam naleśniczki, cerowałam, klikałam, mąż rozłożył się z ceremonialnym pastowaniem butów. Obejrzałam kilka ciekawych vlogów, m.in. rant Karoliny o AI i Nicole Rudolph historię życia Coco Chanel. Wspólnie z Kochanym obejrzeliśmy też starego Miecia o Zenku. Fred pojechał do portu po rybę na obiad. Miał też zamiar w drodze powrotnej kupić steka na jutro, ale pod rzeźnikiem już się nie zatrzymał, zniechęcony sztormową pogodą, która zmoczyła go na wybrzeżu (ponieważ małżonek wyszedł z samochodu i kręcił filmik ze wzburzonym morzem). Za to oprócz plamiaka Kochany przywiózł chowder, a do niego dwie pajdki chleba sodowego troskliwie zapakowane w serwetki bożonarodzeniowe.

Stu ma urodziny, więc była z nim rozmowa dłuższa (o depresji oraz sprawach różnych). Poruszamy się stosownie do pogody, w tempie nieco zwolnionym. Szafka nadal czeka na złożenie, idzie jej już drugi tydzień.

niedziela, 21 stycznia 2024

1497. Isha.

Od rana do wczesnego popołudnia słuchałam audiobooka Z pamiętników młodej mężatki Gabrieli Zapolskiej przeglądając przy tym obrazy niejakiego Żmurki. Fred zadzwonił do siostry z życzeniami, więc była też dłuższa rozmowa rodzinna (się dowiedzieliśmy co tam u Stu po niedawnej wyprowadzce oraz zdaliśmy relację z relacji z Lilką). 

(Kochany miałby dzisiaj szychtę w Limerick, dobrze, że wymówił się pogodą i stanem pojazdu)

Jeśli chodzi o nazwy, zdałam sobie sprawę, że gdzieś po drodze przegapiłam kolejny sztorm z listy w tym sezonie. Po Gerrit kończącym zeszły rok był jeszcze Henk (wiał w okolicach 2 stycznia, ale raczej nad Anglią). Dzisiejsze gwałtowne podmuchy znad Atlantyku nazwano Isha. Isha zgasiła nam światło po szóstej i ponad godzinę siedzieliśmy w ciemności, jedynie przy świetle trzech świec podarowanych nam przez sąsiadów z okazji różnych. Odkryłam, że w takiej sytuacji czytnik z automatycznie dobranym podświetleniem sprawdza się doskonale. Kiedy wiatr zaczął się wzmagać do średniej ponad 70 km/h, Fred akurat dzwonił do Stu (potwierdziło się to, co mówiła Usz: jest lepiej). Poza tym piec się nam zaciął i Kochany musiał go restartować (na szczęście obyło się bez przykrych sensacji). 

Podczytuję wspomnienia Bator z Japonii; przyjemna, ciekawa lektura (do tego kojące okoliczności: na zewnątrz wichura, ja pod kołderką, Fred w Kuchniosalonie słucha zespołu Kury).

niedziela, 6 sierpnia 2023

1329. Niedziela.

Spotkania statystycznego nie było (młody uprzedził mnie już wczoraj i umówiliśmy się na inny termin), wyjścia Freda w góry nie było (niestabilna pogoda i późny powrót po wczorajszym kinie domowym miały dużą siłę argumentu; są plany na jutro), było życie niedzielne zwykłe. 

Ja: pisanko. Kochany pojechał na zakupy spożywcze (np. truskawki dla żony), w drodze dogadując sprawy z potencjalnym i mocno już prawdopodobnym Rysiowym opiekunem. Wiemy, że Józek kupił bilety, czyli idzie ku lepszemu ... ale nie wszędzie: Kochany rozmawiał też telefonicznie ze świekrą — ze Stu jest podobno kiepsko. Może tak być. Co da się zrobić z tą wiedzą? Niewiele. I tylko my, dziecka z letka wyrodne, nie jesteśmy powodem do zmartwień, nawet komplementem się nam oberwało: Jedyne światełko na horyzoncie w mojej rodzinie, tako rzekła świekra o naszym stadle (od razu zdecydowałam, że to pójdzie na bloga, bo jakby się miało nie powtórzyć, ślad zostaje). Po obiedzie (powtórka menu z wczoraj) pogoda ustabilizowała się na tyle, że poszliśmy nad morze.


Noga za nogą, międląc tematy doszliśmy do falochronu. Spadło na nas kilka deszczowych kropek, ale chmury przesunęły się uprzejmie dalej i napadały do morza, przez większość spaceru towarzyszyło nam zachodzące słońce. Powrót był przez plażę i drogą pod górkę, w sam raz dobra trasa, żeby zauważyć, że jeżyny powoli dojrzewają.


Jesteśmy po kolacji (wcześniej była chwila rozmowy z tatą, który oddzwonił, gdy w domu zrobiło się ciszej). Wróciliśmy jeszcze do obgadania wczorajszego filmu oraz przetrawienia informacji, że Sinéad chowają we wtorek, nie tak znowu daleko od nas. 

niedziela, 16 lipca 2023

1308. Do przodu.

Wykorzystaliśmy okno pogodowe na długą łazęgę nad morzem (minęliśmy jaskółcze osiedle i doszliśmy do pierwszych domków letniskowych, żeby posiedzieć na falochronie; deszcz padał gdzieś przed nami i zapewne gdzieś za nami).



Pochówek kraba, wersja irlandzka

Po powrocie do domu Kochany pojechał zrobić zakupy, przywiózł mi bukiet białych róż z goździkami i prezent w postaci fikuśnej bluzki w kolorze kawy z mlekiem (Wrap London). Potem telefony. Fred rozmawiał z Kuzynem Z Miasta Łodzi oraz ze Stu (zmiany życiowe, zdrowie). Odezwała się Usz (zrelaksowana po urlopie), ja wykręciłam do mamy (zrelaksowanej na urlopie), żeby wyprostować parę genealogicznych zakrętów (Witek czy Wicek?). Ryszard nie jadł przez cały dzień, dopiero teraz zaczął wylizywać nowy sos z tauryną. Weekend za weekendem zmierzamy w kierunku wyjazdu.

sobota, 21 stycznia 2023

1132. Leniuszkowata sobota.

I wcale bym nie wstała przed wschodem słońca, gdyby mi Ryszard nie wydeptywał żołądka w sprawie śniadania. A kuchnia przywitała mnie wiadomością, że w kranie nie ma wody. Najpierw doczytałam na stronie, że prace nad naprawą pękniętej rury trwają do szóstej rano, ale po założeniu okularów się okazało, że do szóstej po południu. Argghhh! Mogłam nam pomóc tylko dobrym śniadaniem (dla mnie połowa wczorajszego obiadu, dla Freda ser wędzony z warzywami i kolendrą). Oprócz braku wody mieliśmy od wczoraj zatkany odpływ przy zlewie kuchennym. Na te dwa nieszczęścia dobre jest wyjście z domu, więc pomimo szarej pogody wyjechaliśmy do miasta. Najpierw poszliśmy na kawę do ulubionej naszej Costy, potem szwendaliśmy się po parku handlowym, żeby w TK Maxxie znaleźć prezent dla Katlin (✓), a dla mnie nowy kubek na szczoteczkę do zębów (✓). Po szybkich zakupach spożywczo-chemicznych (kret do odblokowania rur), skręciliśmy na pole bitwy. Spotkanie z Generałem było nieuchronne:


I takie tam dwa kółka spacerowe zostały zrobione:



Po drodze była rozmowa z Usz-solenizantką. A tu jeszcze raz Generał:


Wiem, że koty są dwa (drugiego spotkaliśmy wychodząc z ogrodu), ale ich imion nadal nie pamiętam, więc pozostanie szarża.

Okazało się po powrocie, że jeden problem techniczny został rozwiązany. Na drugi problem został napuszczony kret. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka na herbatę. W ogóle przebieg soboty mógł być inny, bo jeszcze dwa dni temu Aś sugerowała, że może razem (my, Ka) weźmiemy udział w jej procesie decyzyjnym dotyczącym kupna nowego samochodu. Z zamiarów została wizyta wieczorna u Ka&Jot. Najpierw jednak Fred miał dłuższą rozmowę ze Stu do której dołączyli się obydwaj bratankowie (dzieciaki podobnie jak tata i wujek próbowali swoich sił w pozdrawianiu rymem, był wątek rekinowy w wykonaniu bratanka młodszego, BM). Szwagier opowiadał o swoich osiągach pływackich (bardzo mu kibicujemy) i stanie Wolski. Po skończonej rozmowie ze Stu, zadzwoniłam do mamy (w Polsce śnieg i 50 wróbli na tarasie). Prezent został wręczony Katlin. W końcu dotarliśmy do Ka&Jot na herbatę i sałatkę jarzynową. Pogadaliśmy o rzeczywistości (przede wszystkim o trudnej pracy i Ka i różnych dziwnie podejmowanych decyzjach emigracyjnych) i po dziesiątej byliśmy z powrotem. Sporo jak na sobotę bez wydarzeń. 

sobota, 31 grudnia 2022

1111. Ładny numer ;)

Dzień zapowiadający się na bezwydarzeniowy, na początku przy śniadaniu zrobiłam taki kolaż z randomowych zdjęć grudniowych:


To w zasadzie nie jest prawdziwy kolaż, ale tak to nazywają, więc niech będzie. Ulżyło mi trochę, że Ryszard zjadł śniadanie, 2/3 saszetki. Wypuściłam go, żeby zażył trochę ruchu, pojadł trawki. Kochany wrócił przed dziewiątą i nadal śpi (kot do niego dołączył).

Jeszcze przed południem zadziała się dziwna akcja z sadzeniem tulipanów. Wyjrzałam bowiem przez okno na ogródek i zauważyłam, że w podłużnych doniczkach szaleją grube, zdrowe kiełki (co tam kiełki, toż to kły!) narcyzów. A biedne queenslandy nadal nie wysadzone! Wyszłam więc w domowych spodniach (w jeże) i lisim szaliku (od rodziców) na mżawkę i wysadziłam cebule do dwóch starych, brzydkich donic (z braku lepszej opcji). Naści, rośnijcie. Zajęło mi to od 5 do 8 minut i dla osób postronnych musiałoby głupio wyglądać (osób postronnych nie widziałam, sąsiedztwo w głębokiej śpiączce świątecznej). Przy okazji ślizgania się na rozciapanej brei zauważyłam, że (chyba) jest ciepło. I już nie mogłam nie pójść na ostatni w tym roku spacer nad morze (w drodze poczułam, że jest raczej trochę zimno, ale decyzja została podjęta, więc nie mieszajmy).


I bardzo dobrze. Akurat, gdy dochodziłam do morza minęłam Larry'ego z jego mamą. Cieszę się, że nadal żyje (nie widziałam go już szmat czasu). Zima przynosi na wybrzeże różne dary, w tym roku duże muszle. Robię zdjęcie i odkładam, bo czuję, że krabom przydadzą się bardziej. Oczywiście czasami trudno jest je zostawić w spokoju:


Ale z tym kawałkiem kwarcu to się już nie krępuję, ląduje w lewej kieszeni:


W drodze powrotnej mgła zamieniła się w intensywną mżawkę i wracałam do domu z wodą kapiącą mi z daszka czapki. W taki sposób stało się południe i była kawa południowa (dopiero wczoraj zauważyłam, że dripper idealnie pasuje do mojej filiżanki i mam lepszą opcję niż parząchew). Miałam szczęście, że nie wyszłam kwadrans później, bo wracałabym w regularnym deszczu. Szaro, mokro, sennie.
___
edit 16:30 Kochany został na dobre rozbudzony telefonem od Ka, przyjaciel wybiera się jutro z rodziną do Polski, ale chciał jeszcze porozmawiać z kimś normalnym o rzeczach dziwnych i ulotnych. Zjedliśmy po lidlowskiej zupie i dopiero wtedy powoli doszła do nas świadomość, że jutro sklepy są zamknięte z okazji na okoliczność, więc jeśli pragniemy coś na obiad, wypada upolować to teraz. Fred szykuje się do rajdu sklepowego. A tak w ogóle to Benek the Pope umarł. Poświęciliśmy kilka chwil na analizę jego osoby i Fredowi przypomniało się, że dzisiaj mija 7 lat od śmierci kuzyna. 
___
edit 22:00 Fred wrócił ze sklepów z prowiantem i bukietem róż. Kontakty różne: rozmowa była z moim tatą, rozmowa była ze Stu (Fred ma teraz zamówienie od bratanka, że ma mu zagrać na "szalonej gitarze", cokolwiek to znaczy). Rysio nadal mnie martwi, bo jak zjadł rano, tak ponownie dieta odchudzająca (a to nie jest normalne u tego kota) i wydaje się mieć objawy podobne do sytuacji z września (ech). Obejrzeliśmy Śniegu już nigdy nie będzie (2020) Szumowskiej. Ma klimat. Chyra wielkim aktorem jest. To teraz chyba pizza noworoczna ;)
___
edit 00:05 I tak z Gotta Feeling i herbatami przywitaliśmy nowy rok. Ale potem już Buzzcocks ...

sobota, 10 grudnia 2022

1090. Już niedługo.

Wybrzeże przykrył szron, grubszy nawet niż wczoraj. Do porannego wyjścia na ogródek zmotywował mnie rudzik z którym nawiązałam kontakt wzrokowy wyglądając przez okno w sypialni. Byli tam już wszyscy: samiczka kosa skubiąca resztki jabłka, drzewko wróblowe, szpaki gadające na dachu, samotna pliszka szukająca czegoś pod szpaczym karmnikiem na którym urzędowały modraszki, kawka z leucyzmem. Przepraszam, kiedy będzie podawane? Nie mogłam im na razie wynieść resztek Ryszardowych posiłków z wczoraj, bo napotkałam Amber, która nie dawała się odpędzić z Rysiowego terenu.
___
edit 20:15 Wybadałam przygotowania mamy do świąt (wszystko w porządku, uszka i pierogi ze sklepu, barszcz w kartonie też kupiony, krokiety będą, jak się nam zachce zrobić) oraz ogólnie, jaki klimat. Klimat dobry, mama jest zadowolona, że w pracy nadal ją chcą, pomimo jej zaawansowanego (jak na Polskę) wieku i chyba jeszcze z rok/dwa popracuje. Cieszę się na wyjazd, jedno, co mnie teraz irytuje to dalszy problem z szyją, zauważyłam dzisiaj, że puchnie z jednej strony. Nie wiem, co mogę z tym zrobić przed pójściem do dochtóra (przypomniało mi się rano, że mam siemię lniane, to wypiłam, bo przecież nie zaszkodzi). Kochany tymczasem walczył z nieproszonymi gośćmi — kilkakrotnie gonił za Amber i Bánem, nie wystarczało na długo, ale Rysio doceniał (tzn. spał wtulony w kołderkę). Sądziłam, że na wieczór pojedziemy do Ka&Jot, ponieważ jednak Ka chciał obejrzeć mecz Francja — Anglia, a my się do tego nie paliliśmy, była wyprawa do Costy, TK Maxxa (Fred mi kupił czarny, filcowy kapelutek typu bucket; obsługiwała nas znowu ta sama miła sprzedawczyni, której się zapamiętaliśmy, bo jesteśmy zawsze uśmiechnięci) i Tesco. No i co? Jesteśmy z powrotem na chacie, Fred rozmawia ze Stu, czasem wierszem, jak to z bratem. Nadal nie dałam Annie prezentu (sąsiadka wyjechała i zostawiła światło w łazience). 

środa, 25 maja 2022

890. Beaumont.

Znowu wstałam nieco zbyt zmęczona jak na pracę, którą wykonuję. W kieszeni płaszcza taki kamień:

Mąż miał wizytę lekarską, która pierwotnie miała być wizytą po MRI, ale nie była, gdyż MRI się przesunęło na czerwiec. Mimo to wpadliśmy do Beaumonta i utknęliśmy w budynku onkologicznym na prawie dwie godziny.

Pacjentów niewielu, cisza, przez pierwszą godzinę ani oparów po lekarzu, ruchy bardzo wolne i nawet nie zauważam, gdy trzech pacjentów gdzieś znika. Czekaliśmy, to się doczekaliśmy. Po raz pierwszy miałam okazję uścisnąć dłoń prof. Breathnacha, który zna mojego męża dłużej niż ja, i to nawet bardziej od środka. Wizyta była krótka, profesor pokazał nam ct scan z lutego i pocieszył, że on tam nic nie widzi, co by mogło akurat jego zainteresować, poza tym jemu też prawe kolano wysiada (Stu nazwał to potem peselozą). Przy okazji mogłam podziwiać cenne rzeczy, które robią we Fredzie ping na lotniskowych bramkach — małe to nie jest, wygląda na kg złomu, który trzeba było długo skręcać (skręcający zapewne czują dumę, że cyborg nadal działa). Następnym razem mąż uniknie mecyi z zapraszaniem się na audiencję, bo dostał nr telefonu do Pielęgniarki, Która Wie Wszystko. Temat wróci w czerwcu.

Po wizycie próbując się wydostać z północnego Dublina zajechaliśmy do pawilonów w Swords, głównie po to, żeby zjeść obiad w Milano. Bardzo mniam, nie obeszło sie bez bąbelków maczanych w maśle czosnkowym, tym razem zamówiłam pizzę La Reine na cienkim spodzie.

W pawilonach długo nie zabawiliśmy, nie kupiliśmy niczego do ubrania (oj!), i po piątej byliśmy w domu. 

Wieczorem Kochany rozmawiał ze Stu, ja tymczasem lamię sobie. Odezwała się Jujka, nie mam siły z nią rozmawiać, ani tym bardziej pisać pracy (zatoki znowu dają mi popalić). Lorejn poinformowała mnie tekstowo, że w piątek Saren pracuje online i nie muszę przyjeżdżać do Centrum, zyskałam więc poczucie, że mam mnóstwo czasu (co oczywiście nie jest prawdą, bo ja zawsze znajdę sobie ciekawe zajęcie, które mi go zużyje). Na-ten-czas, wiem, że zdążę, ale deadline szumi.

sobota, 2 kwietnia 2022

837. Śnieg.

Śnieg. Śnieg. Śnieg. W śniegu pani Z-wa ciągnie torbę na kółkach po osiedlowym chodniku, Fred ją zaczepił, żeby mnie przedstawić, a ona tak się ucieszyła, jakby to ją własny syn zaczepił (zakładając, że to byłby fajny syn).

Wyszliśmy na spacer po mieście niezbyt daleko, w parku białe ścieżki, rzuciliśmy więc tylko okiem telefonu na pałac (podarowany nam aparat fotograficzny teścia dopiero ładował akumulator) i ślady parkowych pawi. Ptaki na mieście bardzo są zaskoczone zmianą pogody i skarżą się przechodniom.



Po przystanku w Herbaciarni Czartoryskich wróciliśmy do domu na obiad i posiaduchę ze Stu i rodzinką, która przyjechała z Wawy (młodszy narybek przypomina mi Freda ze zdjęć z dzieciństwa!). Musiałam sobie przerwać, bo miałam dzisiaj wykład z emocji (na szczęście okazał się ciekawy, o tyle o ile). Potem chwile ciszy, dalsze opady śniegu. Zadzwoniliśmy do babci Mani z życzeniami urodzinowymi, a tam niespodzianka — z tej nadobnej okazji do rodziców przyjechał ostatni żyjący brat babci wraz ze swoim synem. Wujek był tak samo w złym humorze jak go pamiętam z ostatnich wizyt wiele lat temu, mimo wszystko uważam, że to miło. Byleby krótko, ale miło. 

Wieczorem seminarium mgr (dr Pierzasta za bardzo mi nie pomogła w rozwoju tą razą). Zwalniam sama siebie z dużego wysiłku intelektualnego (z góry postanawiam, że jutrzejsze zajęcia mi się nie spodobają). Jestem rozleniwiona, trochę jak na nieustających wakacjach.