Czwartek zakończył się tak, że nie mogłam zasnąć, a piątek zaczął o pogańskiej godzinie kocim pacnięciem w nos. Po dziewiątej byliśmy już w trasie w towarzystwie Rory'ego Gallaghera sprawnie omijając korki w drodze do TK Maxxów. Pierwszy był w Blanchardstown, gdzie małżonek kupił mi birbancką marynarkę w prążki Polo RL, której wcale nie szukałam, i gdzie zrobiliśmy sobie taką oto fotę konspiracyjną:
Drugi był w Swords, gdzie został zakupiony szalik dla Majka. Po zakupach poszliśmy do Milano na włoskie jedzenie. Ostatni raz byliśmy tutaj w lutym, przyjemnie spędziliśmy na obiedzie i kawie przynajmniej godzinę.
W drodze do domu przejeżdżając przez Drołdę przystanęliśmy w celu zrobienia drobnych sprawunków i dokupienia niezbędników. Już przy domowej herbacie/kawie folkowy koncert Przesilenie, który był streamowany z Poznania (prawdziwa ludowa muzyka, taką jaką pewnie znał i grał wuja Józef). Potem wywiad Sekielskiego z Kasią Nosowską na temat współuzależnienia. Na koniec dnia skupiona w kropkę przeglądam książkę kupioną dziś w Tesco, Old Ireland In Colour. Fred przygląda mi się, mówi do mnie i się śmieje, potem sprawdza na mapie miejsca ze zdjęć.


Z czym jak z czym, ale granie na tym koncercie w ogóle mi się nie kojarzy z prawdziwą muzyką ludową. Nie z polską w każdym razie.
OdpowiedzUsuńDzięki koncertowi dopiero wczoraj poznałam zespół Gołoborze i kilka innych grających polską muzykę ludową.
UsuńAle może za mało posłuchałem, bo widzę po sieci, że ten koncert bardzo różnorodny był.
OdpowiedzUsuń:)
Usuń